piątek, 31 stycznia 2014

Podsumowanie stycznia

Witam Was serdecznie na pierwszym podsumowaniu w tym roku. ;)

W zeszłym miesiącu pisałam, że nie czuję jeszcze zbliżającego się roku, ale muszę Wam powiedzieć, że to się zmieniło, ta magia sylwestra. ;)

Liczba moich obserwatorów: 202! (wzrosła o 25)
Liczba wyświetleń bloga: 27276 (wzrosła o 3 807)
Najczęściej odwiedzany post: Przykry początek (119 odsłony)
Liczba dodanych postów: 15 (łącznie z tym)

Liczba polubień na FB: 334 (z 53)
Liczba przeczytanych stron: 4479
Liczba stron dziennie: 144
Liczba książek przeczytanych po raz pierwszy: 
Liczba książek przeczytanych kolejny raz: 3

Podsumowanie wyzwań:
6. Book lovers 5
10. Mitologia  0

Liczba książek przeczytanych w grudniu:
1. "Baśniobór" Brandon Mull  2,1 cm [zrecenzowane]
2. "Mechaniczna Księżniczka" (Diabelskie Maszyny) Cassandra Clare  3,3 cm [zrecenzowane]
3. "Ostatnie życzenie" (Wiedźmin) Andrzej Sapkowski  2 cm [zrecenzowane]
4. "Tristan i Izolda" Joseph Bedier  0,5 cm [niezrecenzowane]
5. "Królewski zwiadowca" (Zwiadowcy 12) John Flanagan  3,5 cm  [zrecenzowane]
6. "Ukryte" Kimberly Darling  1,9 cm  [zrecenzowane]
7. "Nawałnica mieczy" (Pieśń Lodu i Ognia) G.R.R. Martin  3,5 cm [zrecenzowane]
8. "Drżenie" Maggie Stiefvater  3,5 cm [zrecenzowane]
9. "Przędza" Gennifer Albin  2,8 cm [zrecenzowane]
10. "Pandemonium"(Delirium) Lauren Olivier  2,6 cm  [zrecenzowane]
11. "Zepsute"(PLL) Sara Shepard  2,1 cm [do napisania]
12. "Diupa"(seria Miętowa) Ewa Nowak  1,7 cm [do napisania]

Najlepsza książka miesiąca: 
"Mechaniczna Księżniczka", "Pandemonium"
Najgorsza książka miesiąca: "Tristan i Izolda"
Największe pozytywne zaskoczenie: "Diupa"
Największe rozczarowanie: -
Liczyłam na więcej:  "Drżenie"

Obejrzane filmy i seriale:
1. "Królowie lata" [zrecenzowane]
2. "Once Upon a Time"(sezon pierwszy) [do napisania]
3. "Glee" (sezon trzeci) [do napisania]

Uważam, że jak na zapracowany pierwszy miesiąc roku to podsumowanie wypadło naprawdę nieźle. Mam nadzieję, że luty, miesiąc, w którym będę miała ferie, będzie jeszcze bardziej korzystny. W następnym miesiącu na pewno pojawi się konkurs, jeszcze nie wiem, jakie będą wszystkie nagrody, ale coś wymyślę. Do tego planuję dodać recenzje filmów/seriali, co zaniedbałam oraz zacząć nową serię, o której myślę już od zeszłego roku. :) 

A jak tam u Was z podsumowaniami? Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni.

Pozdrawiam.


PS. Dziękuję za pokonanie bariery 200 obserwatorów, jestem Wam niezmiernie wdzięczna. ;)

środa, 29 stycznia 2014

Nawałnica mieczy. Stal i śnieg

Recenzja może zdradzać pewne fakty z poprzednich części. 

„czyny są prawdziwsze od słów.”

W poprzednim roku postawiłam sobie cel, nie postanowienie noworoczne, które wypowiada się jedynie, by je złamać(w większości przypadków), a zwykły, realny cel, by przed wkroczeniem na ekrany czwartego sezonu „Pieśni Lodu i Ognia” przeczytać choć te książki, które zawierają się w fabule serialu. Co może być niepokojące, ale zaczęłam czytać serie dopiero po zapoznaniu się z trzema sezonami, więc mam dużo do nadrobienia. W zeszłym roku udało mi się przeczytać dwa pierwsze tomy, ten rok w ramach czytania powieści G.R.R. Martina otwiera trzecia część cyklu, którą jest „Nawałnica mieczy. Stal i śnieg”.

Zimno poraża ich niemiłosiernie, ostatni, którzy mają bronić muru planują dezercję. Ucieczka wydaje się dużo lepszym rozwiązaniem niż walka z chordą dzikich, a już na pewno niż stracie z Innymi. Na ich drodze stoi jedynie Lord Dowództwa. Czy uda im się uciec od służby?

Właśnie takim prologiem rozpoczynają się wydarzenia w książce. Nie rozwijałam zbytnio tego streszczenia, gdyż skrótowe opisanie zdarzeń w serii Martina jest niebywale trudnym zadaniem. Akcja przeskakuje pomiędzy dziesiątkami postaci, a większość z nich opisuje zdarzenia z kompletnie innych obszarów królestwa, czasem nawet z poza jego granic, a co jest ciekawe, to wszystko łączy się tworząc niezwykle rozbudowaną opowieść. Warto wspomnieć również, że wydarzenia są kontynuacją tomy poprzedniego, a jednocześnie mogą rozgrywać się w jego trakcie. Tak więc występuję nie tylko wielka różnica odległości, ale również czasu zdarzeń.

„Jeden głos może kłamać, ale w wielu zawsze można odnaleźć prawdę.”

Gdybym chciała dokładnie opisać choć część postaci, które ogrywają ważną rolę w książce zabrałoby mi to naprawdę dużo czasu, nawet jeśli uwzględniłabym jedynie narratorów. Jednak skupię się na tych, którzy narracje w książce przejęli po raz pierwszy. A był to Jaime Lannister, znany jako Królobójca, którego początkowo nie darzyłam sympatią, jednak nastąpiły w tej kwestii zmiany. Mężczyzna ma specyficzny charakter, dzięki temu wyróżnia się na tle tłumu. Do tego często jest zabawny i błyskotliwy, zawsze ma w zanadrzu jakiś komentarz. Ciekawie jest czytać jego przemyślenia, bo patrząc na niego przez pryzmat jego czynów trudno by go posądzić o taki charakter. Można go odbierać z dwóch zupełnie różnych perspektyw, co da jego pełny obraz.

„Najwięksi głupcy często okazują się mądrzejsi od tych, którzy się z nich śmieją.”

Kolejnym dobrze znanym narratorem jest Sam, przyjaciel Jona. Chłopaka znałam dość dobrze, Jon ocenił go uczciwie. Sam jest tchórzem, ale nie do końca. Ma w sobie całkowicie inną odwagę. Jego postawa w niektórych sytuacjach może być zaskakująca, niekiedy może zadziwiać to, jak bardzo boi się naturalnych sytuacji, ale później jego osoba potrafi równie mocno zszokować w drugą stronę.

Dzięki tak wielu postaciom możemy patrzeć na wydarzenia oczami różnych osobowości.
Najpierw mamy rozdział z perspektywy Tyriona, później Dany, następnie Jaime, Catelyn, Arya i wielu, wielu innych. Ci bohaterowie mogą być w wielkiej odległości od siebie, ale ich wątki się przeplatają, co jest niesamowicie fascynujące. Najciekawsze momenty pojawiają się właśnie, gdy w jakiejś części wspomniana zostanie dana postać, a w następnym rozdziale to ona opisuje zdarzenia. W tej książce można to zauważyć wielokrotnie, niekiedy również postaci podążają podobnymi ścieżkami i aż chcę się krzyczeć, by goniły lub uciekały przed innymi. Takie momenty dają wiele emocji i ogromną radość z czytania.

„Niektóre bitwy wygrywają miecze i włócznie, a inne gęsie pióra i kruki.”

W tomie tym po wcześniejszym ogromnym nagromadzeniu kandydatów do korony wydarzenia na tym polu ucichły. Dwóch władców nie żyję, jeden ma problemy na własnych terenach, jeden po przegranej bitwie próbuje odbudować siły, a ostatni, a właściwie ostatnia nadal jest za daleko, by zagrozić królowi Joffreyowi. Ta kwestia więc lekko ucichła. Można jednak zauważyć, że wzrosła liczba ślubów(lub przygotować do nich), w kwestii tej wszystko mocno się komplikuje, rozwija, pojawia się wiele zaskoczeń. Jak się pewnie domyślacie, niektórzy na nich zyskują, inni tracą. A jaki pretendent do tronu wyszedł na nich najlepiej?

„Nic nie wiesz Jonie Snow”

Warto wspomnieć na koniec o Jonie Snow i Dany, a właściwie o ich zasługach. Dzięki nim wciąż poznaje nowe rejony, zwyczaje i ludzi z terenów wokół Siedmiu Królestw i poszerzam obraz krain. Jest to niesamowite, bo tu upalny, gorący klimat, tam śnieżyce i mróz szczypiący w twarz, zaś w Królestwie zielone lasy, kraj zniszczony wojną. Jednak nie tylko wygląd terenów całkowicie się różni, zdecydowanie ciekawie jest poznawać różne spojrzenia na życie, plemienne, zamkowe, mieszczańskie. Same tereny pod władzą króla są bardzo zróżnicowane, ich poznawanie jest równie ciekawe, jak czytanie o wydarzeniach w powieści.

Znów miałam problem z opisaniem zdarzeń, które miały miejsce w tym tomie. Dla mnie mimo dużej obojętności wszystkie książki są jednością, można je czytać w odstępach, ale tworzą tak zwartą całość, że nie da się ich dokładnie rozdzielić. „Nawałnica mieczy. Stal i śnieg” trzymała poziom tomów poprzednich, nadal zaskakuję i intryguję. Oby tak dalej.

Ocena: 6 [skala 6] 

Autor: G.R.R. Martin
Tom: III część I
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron:608
Cena: 49 zł
Data przeczytania: 2014-01-17
Skąd: biblioteka publiczna

Cykl Pieśń Lodu i Ognia: 
Gra o tron  ---  Starcie królów  ---  Nawałnica mieczy: Stal i śnieg  ---  Nawałnica mieczy: Krew i złoto  ---  Uczta dla wron: Cienie śmierci  ---  Uczta dla wron: Sieć spisków  ---  Taniec ze smokami cz.1  ---  Taniec ze smokami cz. 2  ---  The Winds of Winter  --- A dream of Spring

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Przędza

Wyobraź sobie, że cały świat to jedna, wielka tkanina. Wyobraź sobie, że Twoje miasto to jedynie kilka krótkich nitek. Wyobraź sobie, ze Ty sam to jedynie jedna, maleńka nitka, którą tak łatwo można spruć. Widzisz to?

Adelice ma szesnaście lat, rodzice od najmłodszych lat, uczyli ją, by ukrywała swój talent, by się z nim nie afiszowała. Dziewczyny zawsze słuchała rodziców, zgadzała się z ich zaleceniami, jednak nie tego dnia. To był dzień testu, a ona jedynie nie miała go zaliczyć. Jednak wołanie tkaniny było silniejsze od niej.
Tak właśnie dziewczyny trafiła do Gildii, początkowo nie wiedziała, co w tym złego, przed czym chcieli ją ochronić rodzice, jednak szybko się dowiedziała. Życie Kądzielniczki nie jest tak cudowne, jak opisują to gazety, nie jest tak wspaniałe jak wpajają ludziom politycy. Jednak przed decyzją nie ma odwrotu. Teraz tkanina świata leży w jej rękach.

Gennifer Albin to autorka, o której usłyszałam, dzięki polskiemu wydaniu jej powieści zatytułowanej „Przędza”. Początkowo miałam wielką ochotę na jej przeczytanie, najwięcej plusów już na wstępie pisarka zarobiła za pomysł, bo to on tak mocno przyciągał mnie do lektury. Jednak niedługo po wydaniu mój zapał się ostudził, bo okazało się, że książka nie jest tak cudowna. Przekładałam, przekładam i w końcu nie kupiłam. Prawdę mówiąc to nawet o niej zapomniałam, aż tu nagle, widzę ją na bibliotecznej półce. Postanowiłam, że to dobry znak i wzięłam, choć nadal nie byłam jej pewna.

Zacznę od dokładniejszego opisania tego niecodziennego pomysłu, o którym wciąż piszę. Arras, czyli świat, w którym żyją bohaterowie cała składa się z tkaniny, nad którą piecze trzymają Kądzielniczki, naprawiają, spruwają one przędzę, jednak ten dar należy do nielicznych. Jeszcze mniej osób potrafi działać bez użycia maszyn, bez żadnych dodatkowych narzędzi, taką umiejętność posiada jedynie Prządka, która potrafi również tworzyć na tkaninie. Jednak Arras nie leży w rękach Kądzielniczek, one są jedynie narzędziem w rękach władz. Hierarchia w tym terytorium jest ściśle określona, zwykłych ludzi ograniczają liczne blokady i zakazy, jedynie nieliczni mężczyźni decydują, o tym co można, a czego nie.

Cała ta rozbudowana filozofia intryguje, chcę się ją poznać. Jednak początkowo czytanie nie posuwa się szybko. Po kilkunastu stronach czytania odłożyłam książkę raz, potem czytając kilkadziesiąt następnych również się nad tym zastanawiałam, ale przetrwałam i brnęłam dalej przez strony książki. A czym dalej tym lektura przebiega szybciej, można się zacząć wciągać. Teraz po zakończeniu nie żałuję, że wytrwałam, że ją skończyłam, bo jak już wielokrotnie pisałam pomysł jest naprawdę dobry.

Jednak książka nie ma jedynie pozytywnych stron, podczas czytania znalazłam również kilka aspektów, które wciąż kołaczą mi w głowie. Jednym z nich jest główna bohaterka, która dla mnie była sztuczna i zbyt pewna siebie, po znalezieniu się w takiej sytuacji, jak dla mnie zbyt szybko się odnalazła, może momentami była zagubiona, ale szybko to znikało. Niekiedy jest postawa była uzasadniona, ale nie mogłam połączyć jej przeszłości, zachowania z kilku pierwszych rozdziałów książki, z tym jak zachowywała się później. Była to ogromna zmiana, która jak dla mnie była zbyt znacząca.

Kolejnym elementem, który nie do końca przypadł mi do gustu był wątek romantyczny, a w zasadzie wątki, bo było ich wiele. Po pierwsze tajemniczy nieznajomy o hipnotyzującym spojrzeniu, po drugie przystojny strażnik o aroganckim charakterze, po trzecie podrywacz, starszy wiele lat, który na związku chcę zwiększyć swoją pozycję. Jak dla mnie to za wiele. Powieść bez tak rozbudowanej sfery miłosnej moim zdaniem zyskałaby dużo, na pewno stałoby się tak w moich oczach. Schemat nowej dziewczyny, która czaruje wszystkich wokół jest już mocno oklepany. Pisarka mogłaby to lepiej rozegrać.

Za „Przędzą” przemawia jednak okładka. Gdyby nie to, że mój egzemplarz jest mocno zniszczony powiedziałabym, że jest piękna, ale ja sama nie mogę tego w pełni poczuć. Jednak grafika jest oryginalna, ta okładka wybija się na tle innych, myślę, że wiele osób sięgnie po nią właśnie dla niej.

Gennifer Albin stworzyła po części nowatorską opowieść, która jednak nie podziałała na mnie tak, jak na to liczyłam. Dla mnie autorka nie skupiła się wystarczająco na wątku romantycznym, a główną bohaterkę przerysowała. Jednak na korzyść wypływają niektóre postaci poboczne. Zakończenie w pewnym stopniu intrygujące, myślę, że mogłabym się pokusić o poznanie dalszej historii.

Ocena: dobra -

Autor: Gennifer Albin
Tom: I
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 392
Cena: 38 zł
Data przeczytania: 2014-01-25
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Przędza:
Przędza --- Altered --- ??? 



Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

niedziela, 26 stycznia 2014

[Pandemonium]

„Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.”

Myślała, że [miłość] to choroba, że jest czymś złym, czymś czego nie wolno jej poczuć. Myślała, że powinna się jej wystrzegać i czekać na zabieg, który miałby ją przed nią uratować. Jednak to się nie stało. Poznała kogoś, ten ktoś stał się dla niej kimś bliskim, kimś, z kim mogłaby spędzić życie. Nie widziała w tym zła, nie widziała niczego niewłaściwego, a przecież nie tego uczono ją całe życie. Nie czuła się chora. Była szczęśliwa. Jednak nawet ten drobny płomyk ciepła, który miała w sercu został jej odebrany. Straciła kogoś, kogo pokochała, choć wcześniej nawet nie wiedziała, czym jest miłość.

[pandemonium] jest kontynuacją trylogii Lauren Olivier, która zawładnęła sercami milionów czytelników. Na koncie poza serią Delirium ma również powieść „7 razy dziś”. Styl [delirium] spodobał mi się, tak samo jak temat powieści, który był innowatorski, jednak książka nie przypadła mi w pełni do gustu, wszystko działo się zbyt wolno, było niewiele zwrotów akcji i momentów przełomowych. Tak więc mimo że druga część leżała na półce w ogóle nie miałam na nią ochoty. Pod koniec zeszłego roku przystąpiłam jednak do wyzwania, w którym motywem przewodnim jest okładka. Co było tematem na styczeń? Kwiat, a właśnie on zajmuję na okładce centralne miejsce. Jednak czy [pandemonium] wypadło w moich oczach lepiej niż jej poprzedniczka? A może było gorzej?

Lena po ucieczce nie może się pogodzić z wielką stratą jaką ją spotkała. Trafiła do osady, w której znalazła ludzi podobnych do niej, oni jej pomogli. A teraz ona musi pomóc im. Zostaje wyznaczona do opieki nad wrogiem ruchu oporu. Chłopak jest zwolennikiem walki z [delirium] już od najmłodszych lat. Czy dziewczyna długo będzie potrafiła udawać przed całym światem, że jest zdrowa?

„Nie ma żadnego "przedtem". Jest tylko teraz i to, co nastąpi zaraz potem.”

Zdarzenia w powieści dzieją się dwutorowo. Przed rozdziałami pojawiają się słowa „teraz” i „wtedy”. Pierwsze wskazują na wydarzenia dziejące się, kiedy Lena przebywała w mieście, gdzie udawała osobę, którą nie jest, a zdarzenia wcześniejsze opisują czas, kiedy przeszła przez miejski płot i znalazła nowych przyjaciół. Z takim rozwiązaniem się jeszcze nie spotkałam, by wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości przelatały się tak równomiernie. Do tego nie były to retrospekcje, a zdarzenia, których nie znałam, które były dla mnie i każdego czytelnika całkowicie nowe.

Tym razem mój ogromny minus z poprzedniego tomu, czyli brak akcji, może sobie spadać. W [pandemonium] szybkiego tempa, zwrotów akcji nie brakuję. Potęguję to jeszcze te przeplatanie zdarzeń z różnych miejsc i chwil, gdyż nawet jeśli w pierwszej części wiele się nie działo(co i tak było rzadkością) to w drugiej coś się działo. Myślałam, że będę się nudzić czytając ten tom, ale bardzo, ale to bardzo mocno się pomyliłam.

„Uzmysłowiłam sobie nagle, że ludzie sami są jak tunele: jak kręte, ciemne przestrzenie i głębokie jaskinie. Nie da się poznać wszystkich zakamarków ich duszy. Nie można ich sobie nawet wyobrazić.”

Co mogę powiedzieć, a właściwie napisać o bohaterach? Każdy z nich, nawet ten drugoplanowy zapada w pamięć. Polubiłam Raven, Sarę, Tacka, bo nie byli płascy, jednostronni, a zmieniali się w czasie czytania. Ukazywali całkiem inne oblicza, przez zmieniałam o nich zdanie dość często. W największej mierze tyczy się to Raven, żałuję, że jej przeszłość była w tak małym stopniu ukazana, wiem jednak, że ma swój specjalny połówkowy tom, z którym z chęcią się zapoznam.

Czas na moment zatrzymać się przy postaci głównej jaką jest Lena. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak się zmieniła, jaką osobą się stała. Jestem urzeczona tym, że z osoby, która całkowicie wierzyła systemowi, zmieniła się w silną i niezależną kobietę. Ważne jest jednak również to, że nie była w żadnym stopniu przesadzona, zachowywała się naturalnie i nic z tego, co robiła nie było wymuszone, nie była nad wyraz pewna siebie, ani nie potrafiła wszystkiego, ale właśnie to było w niej najlepsze.

„Bo nigdy tak naprawdę nie będziemy w stanie zrozumieć drugiego człowieka. Możemy jedynie próbować, szukając po omacku drogi przez tunele, starając się oświetlić je pochodnią.”

Opis z tyłu książki zdradza już na samym wstępie, że w książce znów pojawi się wątek romantyczny. Po zdarzeniu z końca pierwszego tomu kompletnie nie spodziewałam się, że takie zdarzenie może wypłynąć, myślałam, że miłość Aleksa i Leny jest tak trwałą, że nawet śmierć jej nie zniszczy. Ale się pomyliłam, co było dla mnie trochę smutne. Ciekawe w Julianie było to, że to nie on przewodził w związku. Teraz to Lena przejęła inicjatywę i to ona musiała pokazywać mu, czym jest miłość i że tak naprawdę nie jest to nic złego.

Opisując tę książkę nie mogę ominąć wspomnienia o okładce, bo przecież, gdyby nie ona, a właściwie, gdyby nie kwiat, który na niej widnieje, jeszcze długo bym po nią nie sięgnęła. Dziewczyny z kwiatem, a w tle miasto, ptaki, budynki, wszystko w jakiś sposób się ze sobą łączy, choć mogłoby się wydawać, że jest tego zbyt wiele, ale po części pasuję to do tej książki.

„Jeśli jesteś mądry, troszczysz się o innych. A jeśli się troszczysz, to kochasz.”

Podsumowując, jestem niezmiernie szczęśliwa, że sięgnęłam po [pandemonium] właśnie teraz, że nie zwlekałam dłużej. Żałuję, że tak wspaniała opowieść leżała na mojej półce tak długo. Teraz wiem, że nie powinnam odkładać książek na tak długo, że nie powinnam ich przekreślać po jednym nieudanym tomie, bo może za nim kryć się taka perełka, jak ta.

Ocena: 5+ [skala 6]

Autor: Lauren Olivier
Tom: II
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 376
Cena: 34,90 zł
Data przeczytania: 2014-01-26
Skąd: własna biblioteczka

Seria Delirium:
delirium --- pandemonium --- requiem 


Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

sobota, 25 stycznia 2014

Ukryte

Gdyby nie wyzwanie, które powzięłam pewnie owa historia jeszcze długo leżałby na mojej półce. Kupiłam ją, ale jak zwykle czekałam na lepszy moment z lekturą. W sumie nie wiem, kiedy miałby on nadejść, ale po kupieniu przeze mnie książki najczęściej wędrują na półki i czekają kilka miesięcy na przeczytanie. Ile czekała ta? Nie wiem, jednak jest już za mną.

Violet ma niezwykły dar czuję, widzi, słyszy niezwykłe znaki, jakie wysyłają jej martwe ciała. Już jako dziecko znajdowała szczątki zwierząt, które potem zakopywała na cmentarzu stworzonym przez jej ojca, właśnie do tego zadania. Jednak tym razem Violet znajduję nie zmarłe zwierzę, a człowieka, która przywołuje ją ze zdwojoną siłą. Niedługo potem okazuję się, że nie jest to pojedynczy incydent, czy w jej miasteczku grasuję seryjny morderca? Czy Violet spróbuję go odnaleźć?

Niezwykła postać jaką jest Violet spotkałam na łamach powieści Kimberly Derling zatytułowanej „Ukryte”. Tytuł sam w sobie jest intrygujący, do tego połączenie paranormal-romance z thrillerem, zapowiadało się ciekawie. Ale czy ta mieszanka nie była wybuchowa?

Na początek chciałam napisać, że owe połączenie gatunków nie jest mi obce, kiedyś czytałam już podobną pozycję, zatytułowaną Śmiertelny sekret„”, książka spodobała mi się umiarkowanie. Początkowo nie łączyłam tej historii z przeczytaną wcześniej, ale schemat dziejących się w nich zdarzeń jest podobny. Książka podzielona jest na dwie części. Jedna, obszerniejsza należy do Violet i to ona jest w nim narratorką, druga natomiast to część mordercy. Taki sam schemat spotkałam podczas czytania poprzedniej książki. Czy jest to zależne od takiego połączenia styli?

Drugim tłem z powieści, którego nie wymieniłam podczas czytania opisu jest wątek romantyczny. Który był dość oryginalny. Nareszcie dziewczyny nie spotyka tajemniczego nieznajomego, w którym zakochuję się bez pamięci, a odkrywa w sobie uczucie do przyjaciela, którego zna od lat. Początkowo chcę zniszczyć w sobie te emocje, bo czuję, że to mogłoby zniszczyć ich relacje, niekiedy wynikały z tego całkiem zabawne momenty. Tak więc część romantyczna przypadła mi do gustu.

Przejdźmy do elementu paranormalnego. Pomysł wydał mi się oryginalny, dar dziewczyny nie był czymś zwyczajnym, co często przebija się w książkach. To poszukiwanie trupów w dzieciństwie wydało mi się lekko przerażające, ale pokazywało również przeszłość bohaterki i to, dlaczego łatwiej jest się jej z tymi sprawami pogodzić.

Kolejny element układanki, czyli część kryminalna. Tu sprawa ma się trochę mniej kolorowo. Nie czytam wiele thrillerów, ale moja dusza woła więcej, więcej. Trochę za mało się w tym aspekcie działo, niby te wtrącenia mordercy były co kilka rozdziałów, ale w części z Violet nie było tego za wiele.

Teraz czas na ocenę tego połączenia. Moim zdaniem nie wypadło tak źle, wszystko było wywarzone i choć dość często ta powieść bardziej przypominała romans, to było w niej również sporo akcji. Tempo nie ustawało i nawet te nieliczne nawiązania zmuszały do poznania rozwiązania sprawy. Muszę autorce jednak przyznać, że zaskoczyła mnie pomysłem z zakończeniem, ciekawe rozwiązanie.

Chwilę skupię się również na bohaterach. Co ciekawe, dwie najważniejsze postacie bardzo mi się spodobały, nie były wymuszone, sztuczne, ale zabawne i takie normalne. Główna bohaterka poza swoim darem nie była nikim niezwykłym, ale jednocześnie nie zachowywała się jak szara myszka. Zaś jej przyjaciel nie starał się na siłę być zabawnym, pewnym siebie facetem, a był po prostu sobą, a przynajmniej ja tak to czułam. Co do postaci pobocznych nie odgrywali największej roli, były raczej tłem, przyznam się, że przyjaciółek dziewczyny po kilkunastu dni od przeczytania już prawie wcale nie pamiętam, ale to znak, że również nie były irytujące.

Okładka książki jest niezwykle prosta, czarne tło, a na nim kwiat. To właśnie on był moim impulsem do lektury tej powieści. Na początku stycznia przepatrzyłam półki w poszukiwaniu książki idealnej do wyzwania, ta taka była. Wracając jednak do mojej oceny, to mnie owa prostota urzekła.

Kimberly Derling ma prosty, czytelny język, wszystko jest zrozumiałe i bardzo lekkie. Opisy nie przytłaczają, przez co czytanie posuwa się naprawdę szybko. Nawet podczas szkolnego tygodnia przeczytałam ją w jeden dzień, po prostu potrzebowałam czegoś tak odprężającego i niezobowiązującego.

Ocena: 5 [skala 6]

Autor: Kimberly Derling
Tom: I
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 320
Cena: 31,90zł
Data przeczytania: 2014-01-14
Skąd: własna biblioteczka

Seria Ukryte:
Ukryte --- Desires of the Dead ---  The last echo  ---  Dead Silence



Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

piątek, 24 stycznia 2014

Drżenie

Śnieg, puszysty, biały puch spadający z nieba. Wygląda niewinnie, pięknie, bajkowo. Kraina śniegu, magia zamknięta w każdym płatku. Dziecięce marzenia o zabawie. Ale nie dla nich. Im śnieg kojarzy się jedynie z zimnem, a zimno jest tym przed czym muszą uciekać. Razem, wspólnie.  Jednak czy przed mrozem da się uciec?

Wiele lat temu, jeszcze jako mała dziewczynka Grace została zaatakowana przez wilki. Zwierzęta były wszędzie wokół niej. Myślała, że to jej koniec, że jej życie dobiega końca. Patrzy w oczy jednego, żółtookiego wilka i poddaje się całkowicie.
Grace nie pamięta więcej z tamtego dnia, wie, że wróciła do domu, cała i zdrowa. Od tego czasu nie może jednak zapomnieć niesamowitych oczu wilka. Każdej zimy słyszy ich wycie, niekiedy widzi na skraju lasu ich postacie. Tym razem podchodzi bliżej i patrzy głęboko w niezwykłe ślepia. A wilk wydaje się jej tak bardzo ludzki...

„Książki są bardziej prawdziwe, jeśli czyta się je na zewnątrz.”

„Drżenie” to pierwsza część trylogii Maggie Stiefvater, która ma na swoim koncie już kilka pozycji przeznaczonych dla młodzieży. Na mojej półce najdłużej jednak spoczywała właśnie ta opowieść. Postanowiłam, że nareszcie pora się za nią zabrać. Przed przeczytaniem nie miałam prawie żadnych oczekiwań w ramach tej książki. Opowieści o wilkołakach jest wiele, ja czytałam już kilka, więc nie liczyłam na nic nowego. Ale może autorka zaskoczyła mnie pozytywnie?

Po przeczytaniu kilkudziesięciu pierwszych stron miałam mieszane uczucia. Prozdziały, które naprawdę mnie oczarowały, bo było całkowicie inne od tego, co do tej pory czytałam, historia zapowiadała się wtedy niesamowicie intrygująco. Ale niedługo potem wszystko się zepsuło i „Drżenie” upodobniło się do wielu historii miłosnych, które można spotkać na rynku. Miało swoje wzloty i upadki. Trafiały się rozdziały, które wręcz mnie porywały, ale niestety więcej było rozdziałów o niczym. Po napisaniu tego zdania mogę powiedzieć, że to prawda. I właśnie to jest najgorsze. Autorka za dużo uwagi skupiła na zwykłych codziennych zajęciach, a szczególnie na szkole. Bohaterka chodziła do szkoły, ale w niektórych powieściach akcja i to miejsce jest lepiej wkomponowane i dopasowane. Można było albo to skrócić albo lepiej nad tym popracować.

Opowieść ta należy do gatunku paranormal-romance. Od razu piszę, że znajdziecie tu wiele romansu. Nie wiem dokładnie, jak określić moje uczucia w tej materii. Po części ta więź mi się spodobała, ale z drugiej strony coś mi w niej zgrzytało. Myślę, że sporo w tej kwestii działali bohaterowie, więc to na nich się tu skupię, a właściwie na tych głównych. Jak już pisałam pierwsze rozdziały bardzo mi się podobały, jednak później wiele zniszczyła Grace. Naprawdę była niesamowicie irytująca. Dziewczyna najpierw wydawała się szarą myszką, później zaś uległa ogromnej przemianie, która mnie po pierwsze zaskoczyła, a po drugie nie pasowała mi do niej. Cały czas miałam przed oczami obraz nieśmiałej, zaczytanej dziewczyny, a to przeczyło jej późniejszemu zachowaniu. Sam zaś, który jest drugim narratorem był nieśmiały, skryty i tajemniczy. Był ciekawą postacią, ale również nie wyróżniał się tak, bym mogła dodać go do galerii postaci, które uwielbiam. Bardzo interesujące było to, że pisał piosenki, z tym się jeszcze nie spotkałam, ta jego fascynacja była intrygująca. Żałowałam, że autorka nie pokusiła się o więcej tego typu wstawek.

Pewnie po przeczytaniu poprzednich zdań wyda Wam się dziwne, ale książka mi się podobała, teraz pisząc tę recenzję cały czas wypisuję minusy, które napotkałam podczas czytania lub takie, które nasuwają mi się teraz. Ale „Drżenie” ma również liczne pozytywy. Jednym z nich jest świetny pomysł na wilkołactwo, nie jako przekleństwo, a jako choroba, o niewiadomym pochodzeniu, niewiadomej przyczynie. Ludzie zamieniali się w wilki wtedy, gdy było zimno. Gdy robiło się chłodno one zmieniały postać, a gdy trafiały w ciepłe miejsce były przynajmniej czasowo bezpieczne od przemiany.

„[...] on był równie delikatny jak jesienny motyl czekający, aż zniszczy go pierwszy mróz.”

Poza tym aspektem dużym plusem jest również przemienna narracja, dzięki czumu poznajemy przemyślenia dwójki postaci. Do gustu przypadła mi mocniej opowieść oczami Sama, Grace, jak już wspominałam, zdecydowanie mniej. Kolejna jasna strona powieści to język autorki, który jest prosty, czytelny i łatwo się go czyta. Powieść nawet mimo mojego ograniczonego czasu przebiegła mi szybko.

Książka nie składa się jedynie z romansu, choć odgrywa on dość istotną kwestię, ważniejszym wątkiem była natomiast walka o wygranie z przemianą Sama. Zbliżała się zima, a gdy temperatura schodzi do zera, chłopak nie ma szans, by z tym walczyć. Do tego pojawienie się nowego wilka burzy porządek sfory. Wilcze aspekty książki były ciekawe, żałowałam, że nie mogłam się dokładniej poznać ich praw i zwyczajów.

Okładka powieści jest niezwykle klimatyczna, pasuję do pory roku w jaką ją czytałam, więc jest to jeszcze bardziej pozytywne. Czerwone akcenty na lekko błękitnym tle wyglądają naprawdę dobrze. Okładka mi się podobała, chociaż ten dziwny cień w tle, trochę jak czerwony kapturek...

„Drżenie” to lekka i przyjemna powieść, jednak mam po niej mieszane uczucia. Z jednej strony wciąga, a z drugiej nudzi. Zawiera w sobie wiele przeciwności, dlatego długo wahałam się z wystawieniem oceny. Mimo minusów chciałabym poznać ją lepiej, bo zakończenie zapowiadało ciekawe zdarzenia.

Ostatecznie oceniam na 3+ [skala 6]

Autor: Maggie Stiefvater
Tom: I
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 464
Cena: 39,99zł
Data przeczytania: 2014-01-21
Skąd: kiedyś w mojej biblioteczce

Seria Drżenie:
Drżenie  ---  Niepokój  ---  Ukojenie



Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

czwartek, 23 stycznia 2014

Królewski zwiadowca

Jeszcze niedawno spodziewałam się, że Zwiadowcy będą mieli jedenaście części, sądziłam, że pan Flanagan zakończy historię na opowiadaniach, które okazały się dobrej jakości, ale jednak odskakiwały poziomem od powieści. Jednak niedługo po wydaniu opowiadań ruszyła wieść, że ma ukazać się księga dwunasta, zatytułowana „Królewski zwiadowca”. Nie wiedziałam wtedy do końca, co o tym sądzić, czy to dobrze, czy źle. Mimo tych pytań sięgnęłam po dwunasty tom historii. A co w nim odnalazłam?

„-Nie zamierzam chybić.
Will wzruszył ramionami.
-Nikt tego nie zamierza.”

Will jest już doświadczonym zwiadowcą, jest doskonale znany w całym królestwie, jednak musi sobie radzić z ogromną stratą. Jego ukochana Alyss zginęła jakiś czas temu ratując z pożaru małe dziecko. Pożar nie wybuchł jednak naturalnie, dom został podpalony, a Willa zaślepia zemsta na zabójcach żony. Czy będzie wstanie znaleźć inny cel? Czy uda mu się ukoić ból?
W zamku Alaluenu sprawy nie mają się najlepiej, król Duncan jest poważnie chory, zaś obowiązki władcy sprawuję jego córka i jej mąż Horacy. Jednak jedenym ich problemem nie jest sprawowanie władzy, a również wychowywanie ich córki Madzie. Dziewczyna jest uparta, stawia na swoim i uwielbia wykradać się na leśne polowania. Rodzice załamują ręce nad jej zachowaniem. Z radą przychodzi im Halt. Czy jego rozwiązanie okaże się wystarczające? Czy księżniczka zmieni się na lepsze?

Zwiadowcy są jedną z serii, które może nie należą do moim ulubionych, ale bardzo je cenię. Każdy tom czytałam zawsze z wielką przyjemnością i radością. Więc moje oczekiwania względem dwunastej części były dość wysokie. Liczyłam na dużo akcji, interesujące motywy, trochę humoru i po prostu na ponowne spotkanie ze starymi bohaterami. W końcu czytając jedenaście wcześniejszych książek mogłam się do nich przyzwyczaić.

Księga dwunasta cyklu odbiega odrobinę klimatem od poprzednich. Nadal czuć jej specyficzny charakter, ale są też pewne niuanse, które wpływają na inny odbiór. Zdecydowanie pierwszym z nich jest dość ciężkie i tajemnicze wprowadzenie w zdarzenia, a mowa tu o rozdziale pierwszym. On już zapowiadał, że nie będzie to powielenie schematów z „Ruin Gorlandu”, kiedy to Halt przygotowywał Willa do otrzymania dębowego liścia. Nie będę ukrywać, że ktoś będzie się szkolił w tym kierunku.

„- Willu – powiedziała – czy mogę cię o coś zapytać?
-Właśnie to zrobiłaś – odparł. Nagle ogarnęła go tęsknota za dawnymi czasami. Ileż to razy słyszał podobne słowa z ust Halta? Z przyjemnością stwierdził, że Madzie poczuła się tak samo zbita z pantałyku jak on swego czasu.”

Dlaczego nie było to powielenie schematów? Halt i Will mają po części podobne techniki nauczycielskie, ale jednocześnie całkowicie odmienne. W sumie jest to zrozumiałe, gdyż mieli na szkoleniu całkowicie dwie odmienne osobowości, do których trzeba podejść inaczej. Tak właśnie robił Will. Wykorzystywał to, czego wymagał od niego Halt, ale z różnym natężeniem, wprowadzał nowe pomysłu. Nie wiem, czy nie miał cięższego zadania niż jego nauczyciel, ale to pozostawię do Waszej oceny.

Myślę, że odmienność tego tomu można również zauważyć w narracji, bo nie ona jedynie prowadzona przez jedną osobę, a kilka. Przeplatają się sceny oczami Willa oraz sceny oczami jego ucznia, co jest ciekawe. Pamiętam, że podczas czytania pierwszego tomu brakowało mi spojrzenia na zdarzenia Halta. Z drugiej strony starło to odrobinę mistycyzm postaci mistrza, Halta traktowałam prawie jak guru. Myślę jednak, że tej tajemniczości nie udałoby się utrzymać Willowi, ma on jednak inny charakter, a do tego tak doskonale czytelnicy znają go z poprzednich tomów. To byłoby chyba niemożliwe.

Warto też wspomnieć przynajmniej odrobinę o postaciach. Większość stali czytelnicy znają dobrze, pojawi się wiele postaci z poprzednich tomów, jednak poznamy też kilka nowym. Między innymi Maggie, która jako córka królowej zachowuję się jak na księżniczkę przystało, zadziera nosa, nie słucha poleceń, myśli, ze wie wszystko najlepiej. Z drugiej jednak strony ma w sobie coś interesującego, a mianowicie zamiłowanie do polowań. Początkowo była to dla mnie jedna z niewielu jej pozytywnych cech. Dziewczyna często mnie irytowała, nawet mimo swojej przemiany. Jak zawsze jednak muszę pochwalić autora za kreacje Willa, w tym tomie nastąpiła niemałą zmiana w jego postawie, co ukazało mi zupełnie inne spojrzenie na jego postać. Zawsze go lubiłam, jednak jego zachowanie w poprzednich tomach było dosyć schematyczne, idealny bohater, któremu zawsze wszystko się udaje, tu tak nie jest.

Pokrótce chciałam też napisać o postaciach bez większego zagłębiania się w ich postacie, bardzo ogólnie. Do wszystkich stałych postaci można przyłożyć cechę wyidealizowania. Niesamowicie odczuwałam to na początku, zwłaszcza w postaci Cassandry i Horace. Może wcześniej tego tak nie odczuwałam, ale tu aż raziło to w oczy, szczególnie, że pojawiła się postać, która była wręcz ukazywana w odwrotnym kierunku. Uważam to za największy minus powieści, tu bohaterowie stojący po „dobrej” stronie nie mają wad.

Na koniec kilka słów na temat okładki. Co jak co, ale okładki Zwiadowców są niesamowite. Patrząc na nie od razu widać, że są całością, że pasują doskonale do poprzednich, czy następnych części. Jest to ich niezwykle pozytywny aspekt. Graficy czynią niesamowitą pracę. Ten tom stanie się chyba jednym z moich ulubionych pod względem okładkowym, grafika tego tomu jest niesamowita, piękny obraz, morze zachodzące słońce, zwiadowcy w cieniu, piękne.

„-Maddie nie ma zamiaru forsować konia, nawet jeśli oznacza to przegraną. Zrobimy z niej zawiadowczynię.
Przez kilka minut jechali w milczeniu. Potem Will dorzucił:
-gdyby tak jeszcze piła kawę.”

„Królewski zwiadowca” to miły i przyjemny tom, łączący się z poprzednimi, ale jednocześnie innowacyjny. Czas spędzony ze zwiadowcami nigdy nie jest stracony. Przyjemnie było czytać dalsze losy bohaterów. Ale równocześnie zadaje sobie pytanie. Czy to już nie wystarczy? Tekst w książce głosi, że niedługo premiera tomy trzynastego. Czy to nie lekka przesada? Z ciekawości pewnie przeczytam, kiedy ukarzę się w bibliotece, ale czy naprawdę mocno go wyczekuje? Niestety, raczej nie.

Ocena: bardzo dobra

Autor: John Flanagan
Tom: XII
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 488
Cena: 43,90zł
Data przeczytania: 2014-01-11
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Zwiadowcy:
Ruiny Gorlandu --- Płonący most --- Ziemia skuta lodem --- Bitwa o Skandię --Czarnoksiężnik z północy --- Oblężenie Macindow --- Okup za Eraka --- Królowie Clonmelu --- Halt w niebezpieczeństwie --- Cesarz Nihan-Ja --- Zaginione opowieści --- Królewski zwiadowca


Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Ostatnie życzenie

Jeszcze niedawno wyrażenie „polska fantastyka” nie miało dla mnie wielkiego znaczenia. Wiedziałam, że nasi rodacy piszą, ale żeby bardziej zapoznać się z ich działami, nie miałam okazji. W zeszłym roku przeczytałam serie Pani Miszczuk o diablicy Wiktorii, ale to było raczej leciutkie spojrzenie na to, na co strać polskich pisarzy. Tym razem sięgnęłam po coś, o czym myślałam naprawdę długo, bo już chyba z cztery lata. Cykl, o którym słyszeli chyba wszyscy, a z którym ja nie miałam jeszcze przyjemności się zapoznać.

Mowa oczywiście o Wiedźminie, serii Andrzeja Sapkowskiego. Długo zastanawiałam się, po jaką książkę sięgnąć, czy zacząć od opowiadań, czy może lepiej od cyklu. Mój problem rozwiązał się sam. W bibliotece pani przyniosła mi „Ostatnie życzenia”, czyli pierwszy zbiór opowiadań z świata Wiedźmina.

„- Zło to zło, Stregoborze - rzekł poważnie wiedźmin wstając. - Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte. Nie jestem świątobliwym pustelnikiem, nie samo dobro czyniłem w życiu. Ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale.”

Opowiadania zawarte w książce łączą się jedną postacią, a jest nią właśnie wiedźmin, Geralt z Rivii. Mężczyzna o białych włosach z nieodłącznym mieczem na plecach. Zajmuję się zabijaniem stworzeń niepożądanych, strzyg, upiorów, czy innych monstrów. Wieloletni trening wyszkolił go w sztuce walki. Postać niezwykła ciekawa, tajemnicza, która nie pokazuję niczego wprost. Wykreowana interesująco, jako czytelniczka, chciałam poznać jego drugą naturę, co skrywa pod skorupą. Czytając coraz lepiej poznawałam jego przeszłość, sekrety jego profesji.

Czas jednak napomknąć odrobinę o budowie książki. Składa się ona z sześciu, a właściwie siedmiu opowiadań. Jedno z nich „Głos rozsądku” składa się z kilku części i jest przerywnikiem pomiędzy dłuższymi opowieściami. Wprowadza nas w historie, przez co tworzy się ciągłość między zdarzenia, a czytelnik nie odczuwa ciągłej zmiany zdarzeń. Każde opowiadanie opowiada odmienną historię, ale jak wspomniałam wcześniej łączy się z postacią Geralta i lepiej odkrywa nam jego naturę.

Na duży plus dla mnie zasłużyło to, że autor oddał realia epoki, zwłaszcza odebrałam to podczas czytania wypowiedzi bohaterów. Niekiedy, zwłaszcza podczas wypowiedzi chłopstwa miałam lekkie problemy z ich odczytaniem, a wszystko dzięki archaizmom i innej składni. Czytało się w to w sumie zabawnie, najbardziej, gdy bohaterowie, tacy jak Jaskier(przyjaciel Geralta) i sam wiedźmin się w ten styl wypowiedzi wciągali.

Mimo że czytałam już sporo zagranicznej fantastyki, ta opowieść wydała mi się czymś innym, czymś nowym. Może to właśnie przez połączenie legend, magii i klimatu, który od razu kojarzył się ze Słowianami. Stworzenia, z którymi walczył Wiedźmin, to nie tylko wampiry, trolle, ale również takie istoty, które znałam z dawnych polskich, ogólnie słowiańskich legend. Do tego wszystkie stworzenia dzieliły się na liczne podgrupy, o których nigdy nie słyszałam. Ale ciekawie było poznać nowe wyobrażenia.

„Ludzie (...) lubią wymyślać potwory i potworności. Sami sobie wydają się wtedy mniej potworni (...) Wtedy jakoś lżej im się robi na sercu. I łatwiej im żyć.”

Historie doskonale wprowadzają w świat wiedźminiśki, myślę, że był to dobry wybór, by po nie sięgnąć najpierw, gdyż dzięki niej poznajemy pewne niuanse, które mogą przydać się podczas czytania cyklu. Teraz przede mną kolejne opowiadania, a następnie mam w planach całą serię. Mam nadzieję, że wykonam postawiony sobie cel na ten rok i zacznę czytać polskich autorów.

Ocena: bardzo dobra

Autor: Andrzej Sapkowski
Tom: I
Wydawnictwo: superNOWA
Ilość stron: 288
Cena: 29,90zł
Data przeczytania: 2014-01-06
Skąd: biblioteka publiczna

Cykl Wiedźmin:
Ostatnie życzenie  ---  Miecz przeznaczenia  --- Krew elfów  ---  Czas pogardy  --- Chrzest ognia  ---  Wieża jaskółki  ---  Pani Jeziora 




Wyzwania, w których bierze udział ta książka: