Chwila dla widza: Bridgertonowie (recenzja)

Herbatka u królowej


W mojej głowie nigdy nie rodziły się myśli o mnie w spektakularnych, ogromnych sukniach, w kolosalnych fryzurach, tak pięknej, że adoratorzy walczyliby by wpisać się na moją listę do tańca. Mimo to w jakiś sposób moja dusza chce romantycznych doznań, związku, w którym nic nie jest tak łatwe, gdzie nie można napisać sms's, że spotkamy się o 8 pod moim blokiem, a trzeba sprawiać pozory. 

"Bridgertonowie" to serial, który pod koniec grudnia zeszłego roku zawitał na Netflix, a zainteresowałam się nim ze względu na to, że był wysoko w topce w Polsce. Byłam wtedy dzień po rewatchu 5-godzinnej wersji "Dumy i Uprzedzania" z BBC i uznałam, że film kostiumowy to właśnie coś, czego potrzebuje. Nie spodziewałam się jednak, że to będzie produkcja, która wywoła u mnie rumieńce na twarzy i to nie tylko z niecierpliwości, co dalej. 

Produkcja opowiada o dwóch sąsiadujących ze sobą rodzinach i ich problemach. W jednym domu mamy rodzinę Bridgerstonów, w której obserwujemy ósemkę dzieci 4 braci i 4 siostry, z których najstarsza ma zostać przedstawiona królowej i zacząć szukać adoratora wśród przystojnych mężczyzn z wyższych sfer. W domu obok 3, trochę mniej urodziwe siostry, również zaczynają walkę o przyszłego kawalera, jednak ich plany komplikuje pojawienie się pięknej kuzynki ze wsi, która zgarnia wszystkich adoratorów dla siebie. 

Wraz z bohaterami i ich debiutem wkraczamy w świat intryg, perfidnych zagrań, etykiety, bali i pięknych sukien. A wszystko podsyca osoba tajemniczej, zdradzającej szczegóły z życia arystokracji panna Whistledown, która stara się sprawić, by nowy sezon towarzyski na pewno nie był nudny. 

Przyznam się, że pierwsze odcinki pochłonęłam z prędkością światła, w jakiś niewymagający sposób historia mnie wciągnęła i sprawiła, że chciałam się dowiedzieć co dalej, co jeszcze wymyślą bohaterowie. Schemat był dość prosty, jednak niektóre momenty dawały naprawdę zaskakujące owoce. Nie miałam pojęcia, że serial powstał na podstawie książek, jednak jego przerysowanie samo w sobie jest niesamowite. 

Opowieść ma widza ekscytować, a to zdecydowanie się udało. Wszystkiego jest dużo, sukien, kolorów, piękna, a także emocji. Bohaterowie są zdecydowanie czymś więcej niż pięknymi manekinami, szczególnie kobiety, które może w pierwszym odcinku był tak kreowane. Szybko wyszło jednak na jaw, że za strojeniem się stroi wiele intryg, które tak naprawdę one ciągną za sznurki. 

Mimo że serial ma zaledwie 8 odcinków bardzo dobrze pokazuje rozwój relacji między bohaterami, szczególnie główną parą, a także rozwój samych bohaterów. Daphne wydawać by się mogło, że jest bohaterką idealną, bez skazy, nieskalaną też własną opinią, doskonale podążającą za wyobrażeniem idealnej żony przez wszystkich. 

Duży nacisk stawia się na kontrast. Mamy postaci z niższych sfer, z arystokracji, rodzinę królewską, z pięknym balem kontrastują scen walk bokserskich, a z uroczym piknikiem na świeżym powietrzu, sceny seksu pod trybunami. Patrzymy na kobietę, która przygotowywana jest do roli żony od najmłodszych lat, a nie wiem, czym jest stosunek, mężczyzn, który mogą spać z kim popadnie przed ślubem. 

Cała historia jest niezwykle intrygująca, sprawia, że ogląda się odcinek po odcinku, ale nie powiedziałabym, by była to wybitna opowieść. Czytałam wielokrotnie, że to połączenie "Dumy i uprzedzenia" oraz "Plotkary" i trochę tak jest. A że ja lubię oba ta produkcje, to znalazłam swoje idealne guilty pleasure! Z historią, epoką ma ten serial niewiele wspólnego, szczególnie czarnoskóra arystokracja to pokazuje, ale mnie kompletnie nie przeszkadza. Serial jest ładny, intrygujący i robi to, co potrzeba, by przywołać widza.   


Do posłuchania:

Komentarze

  1. Nie oglądałam tego serialu, ale może w wolnej chwili się skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  2. 8 odcinków to produkcja idealna dla mnie, mimo, że może nie ma za wiele wspólnego z ukazywaną epoką.

    OdpowiedzUsuń
  3. Już obejrzane :) Choć przyznaję, że w pierwszej kolejności zabrałam się z początkiem Nowego Roku za Chilling Adventures of Sabrina Spellman. Brigdeton oglądałam dlatego, że lubię okres regencji - początkowe odcinki o wiele bardziej wciągały niż te finałowe, ale szybko obejrzałam całość.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem w połowie i się wciągnęłam! Nie jest to najlepszy serial, jaki oglądałam, ale z pewnością zaskakująco lekki i przyjemny

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku,
cieszę się, że pojawiłeś się na moim blogu. To już jest dla mnie wiele, ale jeśli masz ochotę pozostaw po sobie jeszcze komentarz. Każdy z nich sprawia mi ogromną przyjemność, bo wiem wtedy, że moje pisemne starania nie poszły na marne. Miłego czytania i komentowania.

Pozdrawiam,
Patrycja.

Popularne posty z tego bloga

Drama time: Color Rush (recenzja)

2020 z kpopem: lipiec