Recenzja: "Ballada ptaków i węży" - Suzanne Collins
Zacznę od tego, że historię już znałam, ale z opowieści filmowej. Wiedziałam już, co mnie czeka, ale jednocześnie byłam ciekawa. Koleżanki, które zapoznały się już z książkami wspominały, że powieść różni się od filmu, że jest lepiej wykonana. Spodziewałam się tego, bo zwykle to po prostu prawda. Nawet w 2,5 godzinnym filmie nie zawrze się tego, co w 500 stronnicowej książce.
Snow jest mieszkańcem Panem, pochodzi z cenionej rodziny, ale śmierci ojca, wojskowego, jego rodzinie wiedzie się tragicznie, często nie mają nawet co zjeść. Młody Snow powrót do dawnej świetności upatruje w nowej formie Dożynek, w których teraz mentorami trybutów stają się studenci akademii. Mają oni zapewnić ciekawy spektakl dla widzów, a także wzbudzić zainteresowanie swoim trybutem. Snow wie, że wygrywając mógłby zdobyć stypendium i poprawić los rodziny. Niestety trafiła mu się trybutka z 12 dystryktu... Czy wokalistka będzie wstanie w ogóle osiągnąć coś w zawodach, w których to siła odgrywa główną rolę?
Przyznam się, że nawet mimo znajomości historii, byłam zaciekawiona lekturą. Widać, że autorka od pierwszej strony miała pomysł i go rozwijała. Postawienie antagonisty z serii Igrzysk Śmierci jako głównego bohatera było zabiegiem ciekawym. Mogliśmy poznać jego motywy i to, dlaczego stał się tym, kim się stał, jaki był jego charakter, kto na niego wpływał.
Książkę czytało mi się zdecydowanie lepiej niż "Kosogłosa". Odkrywanie świata i tworzenie obecnie znanej formy igrzysk było niezwykle ciekawe. Całkiem inaczej mogliśmy też przyjrzeć się życiu w Panem, ukazaniu ich myślenia, pokazania kogoś, kto nie żyję w cukierkowym świecie, w którym wszystko jest ukierunkowanie na przyjemności i wygląd. Snow żył w tym świecie bogaczy, sam musząc sprawiać pozory. Książka doskonale pokazała jaka przemiana zaszła w nim od dnia, w którym został trenerem. Jego sposób myślenia powoli zmieniał się w taki, który znamy z jego dojrzałych lat. Powieść doskonale pokazuje jak niewiele trzeba, by złamać człowieka.
Poza Snowem mamy jeszcze Lucy Gray. Druga ważna bohaterka, dziewczyna z pięknym głosem, podróżująca z trupą teatralną. Dziewczyna niepasująca na załamaną osobę z dwunastego dystryktu, ktoś z głową w chmurach, potrafiący się cieszyć, żyć chwilą. Zepchnięta do okrutnego świata, w którym nie może wiele zdziałać ze swoją miłością do muzyki.
Tu nie ma szczęśliwego zakończenia, ale to historia, którą warto poznać. To historia, która jest tak świetną historią, czuć jakby naprawdę miała miejsce. Poza samymi igrzyskami jest to po prostu świetna opowieść o walce o własne przetrwanie, o życie tak jak się chce.

Komentarze
Prześlij komentarz
Drogi czytelniku,
cieszę się, że pojawiłeś się na moim blogu. To już jest dla mnie wiele, ale jeśli masz ochotę pozostaw po sobie jeszcze komentarz. Każdy z nich sprawia mi ogromną przyjemność, bo wiem wtedy, że moje pisemne starania nie poszły na marne. Miłego czytania i komentowania.
Pozdrawiam,
Patrycja.