Drama Time: 2gether

Oszalało pół świata

Kwarantanna skłoniła mnie do powrotu do oglądania serii BL, w tym zaczęłam 2gether, nową serię GMMTV. Kiedy zaczęłam oglądać, seria miała już 4 odcinki, ale już tego samego dnia czekałam wraz z innymi na 5 odcinek. Seria miała chyba najprzystojniejszych aktorów, jakich mogli dobrać na główną parę, do tego doskonale dobranych do roli, którą dostali. Seria z każdym odcinkiem zyskiwała fanów, bo historia była lekka, z humorem, szybko każdy odcinek trendował na Twitterze światowym, a nie tylko w Tajlandii. Warto zaznaczyć, że w Tajlandii powieść, na której powstał serial była niezwykle popularna, więc cykl już na starcie miał spore zainteresowanie. 

Głównym bohaterem jest Tine, którego zaczął nękać Green. Chłopak zakochał się i nie rozumiał, że Tine nie jest nim zainteresowany. Tine postanowił namówić najprzystojniejszego chłopaka na uczelni, by ten udawał jego chłopaka i by Green sobie odpuścił. O dziwo, Sarawat się zgodził. A dlaczego? O tym właśnie jest seria... 

Kwarantanna oraz oczekiwanie na kolejne odcinki pomogło serii osiągnąć duży sukces, czułam emocje setek tysięcy widzów, którzy oglądali w tym samym czasie co ja i mogłam feelsować z nimi na Twitterze. To wręcz zachęcało, by zawsze być na bieżąco z każdym odcinkiem. Dziś jestem już po całej serii i czuję żal z niewykorzystania potencjału.

Seria miała zmieniający się poziom przez 13 odcinków. Początek był genialny, zabawny, lekki. Często się śmiałam i doskonale bawiłam. W środkowej części cykl zwolnił, trochę zaczęło się mieszać, następowały jakieś dziwne cięcia w odcinku, bodajże 7. Przyszedł jednak kolejny odcinek, w którym znów się zakochałam i to trwało do 10. Historia znów miała rytm i oglądało się ją z przyjemnością, sądziłam, że zostanie tak do końca...Przyszedł odcinek 11, który nie był tak jak reszta na podstawie powieści, on znów zepsuł wszystko. Od tego czasu serial szedł już po linii pochyłej... 

Właśnie skończyłam ostatni odcinek i mimo że próbowałam trochę go przetrwać to wciąż czuję zawód. Relacja bohaterów była prowadzona dobrze, wierzyłam w ich relacje, cieszyłam się z tempa w jakim podąża, ale końcówka tak zepsuła mi ich obraz. Z ciekawych bohaterów mamy bardzo uciążliwych bohaterów, którzy nie wierzą w swoją relację. Najgorsze było to, że scenarzyści niekonsekwentnie podeszli do ich charakterów stwarzając bohaterów, których najpierw się uwielbia, później zaś chce się uderzyć. Miałam ochotę nimi potrząsnąć i powiedzieć, że chyba czas sobie zaufać lub zrezygnować z tej relacji.

Zastanawiam się, czy sobie nie powtórzyć serii, ale bez oglądania ostatnich odcinków. To była taka zabawna seria, lekka i przyjemna. Właściwie nie mam zarzutu do aktorów, oddali dobrze swoje role, bo były dobrane do ich charakterów doskonale. Scenariusz potraktował wszystko bardzo skrótowo, rozwój związków(wszystkich trzech!) był w ostatnich odcinkach za gwałtowny, za bardzo pocięty. Brakowało tej serii jeszcze z dwóch odcinków lub nawet jednego na rozwinięcie wątków, uwierzenie w relacje i zmianę nastawienia. Spokojnie można by wyciąć odcinek z wycieczką, mimo że dał jedną z najsłodszych scen w całej serii.

Miałam napisać bez emocji, jednak nie dałam rady. Ta seria jak dla mnie jest świetna, ale do 11 odcinka. Zasmuciłam się tym, co z nią zrobili w końcówce... To trochę burzy mój obraz. Słuchając jednak OST niżej przypomniałam sobie te wesołe i romantyczne sceny, do których uśmiałam się w poduszkę oglądając. Sarawat i Tine flirtujący to było najlepsze, co mnie spotkało w serialach. Ich zazdrość o siebie była urocza.

Seria była pełna małych głupotek, które jednak aż tak nie przeszkadzały kiedy się oglądało, bo później trafiały się sceny, które to nadrabiały. Początek relacji Mana i chłopaka, którego długo szukał była jedną z nich, ale szybko zaczęłam lubić obu chłopaków. Seria miała problem z tematem odpuszczania. Najpierw Green, mimo że nie miał szans, to męczył Tine'a, ale to tylko początek. Chłopcy nie to nie, szczególnie powtarzane milion razy. Trzecia para była najbardziej męcząca do oglądania, gdyż tutaj nic nie rozwijało się tak jak powinno i mieli najmniej czasu antenowego.

Znów narzekam... Wracając do pozytywów, zdecydowanie podobało mi się jaką relację mieli Sarawat i Tine ze swoimi przyjaciółmi. Czasem byłam na nich zła, jednak wspierali swoich kolegów i zawsze służyli radą. Do tego powtarzający się motyw muzyczny, piłkarski, a także ulubionego zespołu wszystko to sprawiało, że seria nabierała przyjemnego rytmu.

Nie chciałam pozostawić Was z tym smutnym akcentem, więc dopisałam jeszcze te przyjemniejsze akapity. Seria nie była zła, naprawdę. Lekkość, świeżość początku jednak uciekła. Mimo to w mojej głowie pozostaje pytanie, czy naprawią to w drugim sezonie? Czy spróbują go nakręcić? Czekam, możliwe, że sukces pierwszego sezonu da skrzydła i fundusze na bardziej dopracowany w całości projekt.


Do posłuchania:

Komentarze

Publikowanie komentarza

Drogi czytelniku,
cieszę się, że pojawiłeś się na moim blogu. To już jest dla mnie wiele, ale jeśli masz ochotę pozostaw po sobie jeszcze komentarz. Każdy z nich sprawia mi ogromną przyjemność, bo wiem wtedy, że moje pisemne starania nie poszły na marne. Miłego czytania i komentowania.

Pozdrawiam,
Patrycja.

Popularne posty z tego bloga

Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi

Drama time: Love Alarm (sezon I)

Co to za zespół? NCT (część I)