poniedziałek, 31 marca 2014

Podsumowanie marca

Witam serdecznie,

dziś ostatni dzień miesiąca, również pierwszego kwartału 2014 roku, nie wiem, jak ten czas może tak pędzić. W tym miesiącu miałam bardzo mało czasu na czytanie, mimo że wypadły mi rekolekcje, miałam tyle nauki, że wiele dzięki temu nie zyskałam. Teraz odliczam jedynie dni do świąt... I do nowego sezonu "Gry o Tron"! :D
Czas na trochę statystyk...

Liczba moich obserwatorów: 216 (wzrosła o 6)
Liczba wyświetleń bloga: 33408 (wzrosła o 3068)
Najczęściej odwiedzany post: Małomówny i rodzina - "Piątek z Jeżycjadą" (132 odsłony)
Liczba dodanych postów: 14 (łącznie z tym)
Liczba przeczytanych stron: 2375
Liczba stron dziennie: 76,6
Liczba książek przeczytanych po raz pierwszy: 7
Liczba książek przeczytanych kolejny raz: 0
Najczęściej czytany autor: brak

Podsumowanie wyzwań: (w nawiasach liczba z poprzedniego miesiąca)
5. Dystopia 2014 1 (0)
6. Book lovers 5 (4)
7. Grunt to okładka 5 (0)
8. Paranormal romance 3 (1)
9. Serie na stracie 2 (2)
10. Mitologia  1 (0)

Książki przeczytane w marcu:
1. "Żelazny cierń" (Żelazny Kodeks) Caitlin Kittredge 3,2 cm
2. "Na psa urok" (Kroniki żelaznego druida) Kevin Hearne  1,9cm
3. "Folwark zwierzęcy" George Orwell  0,5cm
4. "Zagrożeni" (Wybrani) C. J. Daugherty  2,4 cm
5. "Zbuntowane anioły" (Magiczny Krąg) Libbia Bray 3,3cm
6. "Odlot" Jennifer Echols  2,7 cm
7.  "Przygody Sherlocka Holmesa" Artur Conan Doyle 1,9cm


Najlepsza książka miesiąca: 
"Folwark zwierzęcy", "Zbuntowane anioły", 
"Przygody Sherlocka Holmesa"
Najgorsza książka miesiąca: "Zagrożeni"
Największe pozytywne zaskoczenie: "Odlot"
Największe rozczarowanie: "Zagrożeni"
Liczyłam na więcej:  -

Po niesamowicie udanym lutym przyszedł czas na trochę słabsze wyniki, ale z natłokiem zajęć jaki mam teraz, sądzę, że to i tak nieźle. Co nowego może pojawić się na blogu w najbliższym miesiącu? Myślałam o dodaniu nowego cyklu, który wymyśliłam już na początku roku, ale wciąż było coś innego, może w tym się uda. Oczywiście stałym punktem programu jest stosik, które zdjęcie już mam. Planuje też napisać dwie recenzje filmowe.  Jedna to "Akademia wampirów", a druga "Niezgodna", pierwszy widziałam, a na drugi czekam z niecierpliwością.  Książka nie była zła, ale nie porywała, więc co do filmu nie mam większych oczekiwań, ale jednak to wyczekiwanie podnosi napięcie. 

A jak Wam minął miesiąc? Jakie plany? 

Pozdrawiam, 
Patrycja/

sobota, 29 marca 2014

Zbuntowane anioły

Wielcy też upadają

Piękne, delikatne, uskrzydlone stworzenia. Cudowne, przynoszące nadzieję i spokój. Opiekujące się nami, będące tarczą i ochroną przed złem. Nie pozwalające by dotknęła nas krzywda, czy cierpienie. Ocierające zły, pocieszające. Będące blisko, gdy ich potrzebujemy. A może wcale tak nie jest?

„Zbuntowane anioły” to tytuł drugiej części serii „Magiczny Krąg” stworzonej przez Libbę Bray, amerykańską pisarkę, której debiutem był pierwszy tom tego cyklu, a mianowicie „Mroczny sekret”. Książka przyniosła jej niemały sukces, jednak ja po jej lekturze nie miałam wielkiej ochoty na czytanie kontynuacji. Stała więc sobie ona na półce i czekała na czas, kiedy będę gotowa spróbować ponownie i przekonać się, czy kolejna część okażę się bardziej wciągająca niż poprzednia. Z takim nastawieniem sięgnęłam po „Zbuntowane anioły”, czy ta książka w moich oczach wypadła lepiej? To za chwile się osądzę, ale najpierw przybliżę Wam jej treść.

„A jeśli zło tak naprawdę nie istnieje? Jeśli zostało wymyślone przez nas i w rzeczywistości musimy walczyć tylko z własnymi ograniczeniami? Jeśli to tylko ciągła bitwa między naszą wolą, pragnieniami i decyzjami?”

Po niebezpiecznych wydarzeniach, które miały miejsce w Międzyświecie, jedynie trzy przyjaciółki wracają do normalnego świata. Kirke nadal jest dla nich ogromnym niebezpieczeństwem, dziewczęta postanawiają poznać jej przeszłość lepiej. Tymczasem zbliżają się święta, uczennice akademii na ten okres mają wyjechać do swoich domów. Na niedługo przed wesoły okresem w szkole pojawia się nowa nauczycielka, ma zastąpić zwolnioną z winny przyjaciółek nauczycielkę sztuki. Gemma od razu wchodzi z nią na wojenną ścieżkę, nie dogadują się, dziewczyna podejrzewa, że kobieta wie coś o zakonie, jednak boi się również najgorszego. W tym samym czasie w szkole ponownie pojawia się Kartik, chłopak daje Gemmie informacje na temat poskromienia magii. Sama również miewa niepokojące wizje, w których pojawiają się trzy dziewczyny, wyglądające jak nie z tego świata, one tez mają dla dziewczyny rady. Gemma nie wie, komu powinna zaufać, nie wie też, czy powinna wracać do Międzyświata, boi się, a jednocześnie tego pragnie. Czy uda jej się odkryć sekrety Kirke? Czy poskromi magię?

Nie rozumiem, dlaczego tom pierwszy serii wydawał mi się nudny, tym razem czytałam książkę z wciąż rosnącym niepokojem i ciekawością. Akcja poruszała się w odpowiednim tempie, często również przyspieszała, ale nie to jest tu najważniejsze. Po pierwsze klimat, czułam jakbym przeniosła się do innej epoki, piękne suknie, nienaganne maniery, skandale, plotki, pierwsze miłości, to wszystko niesamowicie mnie pochłonęło. Aż chciałoby się znaleźć w takim miejscu i czasie.

Jednak nie tylko to tak mnie pochłonęło. Ta powieść aż roiła się od tajemnic, sekretów. Wciąż wynikały nowe fakty, a gdy myślałam, ze już coś odkryłam, autorka potrafiła poprowadzić mnie nową ścieżką i zmieniałam zdanie i poglądy. Sprawy związane z Kirke, z nową nauczycielką, z zakonem były jak prawdziwe sprawy kryminalne. Dziewczyny często dostawały mylne wskazówki, szukały w nieodpowiednich miejscach, były narażone na niebezpieczeństwo. Właśnie to było w tym najlepsze. Nigdy nie mogłam się spodziewać, co dalej wyniknie.

Sądzę, że powinnam poruszyć sprawę Międzyświata. Ta kraina mimo, że kocham fantastykę ciekawi mnie w nie tak dużym stopniu jak pewnie zależałoby na tym autorce, w pierwszej książce było tam aż za bajkowo, oczywiście do pamiętnego wydarzenia. W tym tomie pierwsze podróże również takie były, nie czułam żadnej iskierki niepokoju. Dopiero w późniejszym okresie zaczęło się i tam również robić gorąco. Przepowiednie, przestrogi nabrały głębszego sensu, zrozumiałam dlaczego to miejsce jest nazywane niebezpiecznym. Autorka nie poskąpiła nam również poznawania nowych miejsc, nowym mieszkańców do tej pory mało atrakcyjnej krainy. Sądzę, że to Międzyświat może jeszcze wiele pokazać, moja wyobraźnia tylko czeka na intrygujące opisy.

Czas może powiedzieć coś o bohaterach. Postaci w książce tworzą niesamowity klimat, jak dla mnie doskonale pasują do epoki w jakiej się znajdują, nie odczuwałam żadnej sprzeczności, nie było nieporozumień. Gemma jak dla mnie jest idealną narratorką, nie irytuje, nie wzdycha wciąż nad chłopcami, a skupia się na postawionym sobie zadaniu.  Do tego zauważa fakty, które jej dwie przyjaciółki mogą pominąć. Właśnie przyjaciółki. Ich zachowania przechodziły ze skrajności w skrajność, niekiedy naprawdę mocno to na mnie oddziaływało. Nie będę nikogo oszukiwać, że nie polubiłam ich szczególnie jako postaci. Jednak raczej nie mogę mieć nadziej, że się zmienią. Kolejni bohaterowie znajdują się raczej w dalszym planie, jednak mimo że nie pamiętam ich imion wciąż wyczuwam ich charaktery. Autorka w tej kwestii spisała się naprawdę dobrze.

Jako jedną z ostatnich kwestii chciałam poruszyć sferę uczuć. Gemma w poprzedniej książce nie miała wielu adoratorów. Tym razem pojawiło się ich dwóch. Występujący już wcześniej Kartik, który ma przed nią jeden, nieładny sekret oraz nowy mężczyzna, poznany w dziwnych okolicznościach na dworcu Simon. Obaj panowie należą do całkowicie różnych klas społecznych, mają różne charaktery i osobowości, myślę, że mogą zaciekawić. A jak rozwiną się uczucia pomiędzy nimi musicie doczytać same(sami, jeśli i panowie się skuszą).

Czas przejdź to mojej opinii na temat oprawy graficznej książki. Sądzę, że okładka „Zbuntowanych aniołów” przedstawia się niesamowicie. Postać na okładce bardzo mi się podoba, delikatna, tajemnicza, nietuzinkowa, jak cała powieść. Do tego lekko wzorzyste tło, które współgra z resztą elementów. Porównując ją z pierwsza, która również mi się podoba, ta wypada jeszcze korzystniej. Sądzę, że zachęca do lektury nowego czytelnika.

„Władza jest zmienna. Wędruje jak ziarnka piasku.”

Podsumowując, „Zbuntowane anioły” były niezwykle przyjemnym i godnym zapamiętania spotkaniem z Gemmą, Zakonem i niezwykłą tajemnicą, której stałam się częścią. Ogromnie się cieszę, że co kolejny tom to więcej stron, gdyż łączy się to z wielką ilością czasu jaką spędzą z tak magiczną i pełną niesamowitych wibracji książki. Jestem oczarowana. Obym jeszcze nie raz spotykała tak fantastyczne kontynuacje.

Ocena: świetna [6/6]

Autor: Libba Bray
Tom: II
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 486
Cena: 29,90zł
Data przeczytania: 2014-03-22
Skąd: własna biblioteczka

Seria Magiczny Krąg:
Mroczny sekret --- Zbuntowane Anioły--- Studnia wieczności

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

piątek, 28 marca 2014

Odlot

Wnieść się do chmur

Latanie od wieków było marzeniem ludzkości. Wzniesienie się ponad dostęp możliwości własnego organizmu, pokonanie wszelkich ograniczeń. Pokazanie sobie i innym, że to co niemożliwe, stało się możliwe, wykonalne. W naszych czasach mamy dostęp do tak rozwiniętej technologii, że dzięki różnym urządzeniom możemy wnieść się wysoko ponad horyzont. Ta książka jest właśnie o tym. O marzeniach. O pokonywaniu barier. A zwłaszcza o lataniu. No może jeszcze miłości... Odlotowej miłości!

Lea odkąd pamięta zawsze mieszkała przy lotnisku, nie zawsze w tym samym miejscu, ale samoloty, a zwłaszcza ich dźwięk były jej zdecydowanie bliskie. W wieku czternastu lat mieszkała razem z matką w przyczepie na skaju miasta, postanowiła wtedy, że czas trochę zarobić i podjęła pracę jako pomoc oraz sekretarka na lotnisku pana Halla. Dzięki częstemu oglądaniu i przebywaniu blisko latających maszyn postanowiła odkładać pewną kwotę gotówki i uzbierać na lekcje latania. Tak też się stało, zaczęła się uczyć.
Teraz Lea ma siedemnaście lat, jednak z jej życia ktoś odchodzi. Pan Hall, który zawsze był dla niej miły, który tak wiele ją nauczył zmarł. Dziewczyna wie, że musi pożegnać się z ukochaną pracą, nie sądzi, by interes po ojcu przejął któryś z dwóch synów. A jednak. Grayson, bardziej buntowniczy z bliźniaków, postanawia dalej prowadzić firmę, a dla Lei ma nietypową propozycję. Czy dziewczyna na nią przystanie?

Do tej pory nie miałam wiele do czynienia z powieściami młodzieżowymi, częściej sięgam po PR, fantasy. Tym razem jednak za poleceniem koleżanki postanowiłam przeczytać jedną z powieści Jennifer Echols zatytułowaną „Odlot”. Po tytule bałam się, że będzie to jakaś denna opowiastka, która po pierwsze mnie nie wciągnie, a po drugie zanudzi. Jednak tak się nie stało, historia była naprawdę ciekawa, a strony przelatują niezwykle szybko. Spróbuję opisać ją dokładniej.

„Odlot” to książka lekka, łatwa w odbiorze i przyjemna. Podczas czytania nie ma czasu na nudę. Mnie historia bardzo zainteresowała, wydała mi się oryginalna, nigdy nawet nie słyszałam o podobnym pomyśle w książkę. Miłość na lotnisku może i się zdarzała, ale jeszcze nie czytałam o takim przekręcie między braćmi. Ciekawe było w tym również to, że mimo że książka w głównej mierze miała się opierać na problemach miłosnych nie było tu ich przesytu. W akcje były wplecione również inne wątki, życie głównej bohaterki, jej przeszłość, szkolne i życiowe problemy.

Właśnie główna bohaterka, o niej również powinnam wspomnieć, sądzę, że nawet muszę. Lea to silna, niezależna dziewczyna, która od razu urzekła mnie mocą swojego charakteru i wielką charyzmą. Mimo że dziewczyna czuła się jak wyrzutek to nie użalała się nad sobą. Zawsze dążyła do celu. Do tego niezwykle ważne było dla mnie to, że wciąż nie myślała o swoim ukochanym, nie miała go wciąż przed oczami, zachowywała się jak normalna dziewczyna. Jestem zadowolona, że wciąż nie czytałam o zachwytach nad prze przystojnym chłopaku, to jest zawsze niezwykle uciążliwe.

Skoro jest to książka miłosna nie może też zabraknąć pana, a w tym przypadku kilku panów. Jeden skryty, tajemniczy, impulsywny, który namawia ją do randki z własnym bratem, drugi przyjazny, miły, ciepły, jednak to do niego żywi silniejsze uczucia, trzeci nachalny adorator, który nie rozumie, co znaczy słowo „nie”. Sprawa kogo chcę wybrać Lea jest z góry jasna, jednak ciekawie przedstawia się to, jak dochodzi do tego uczucia. Na drodze zachowanym wciąż stają jakieś przeciwności, często z przyczyn, który sami wybrali. Patrząc na te zawirowania wiele razy miałam uśmiech na ustach, przecież każdy wiedział jak to się skończy.

Okładka książki jak dla mnie nie jest fantastyczna, niby nie jest zła, ale na pewno się nią nie zachwycam. Nie podobają mi się na niej postaci, średnio wyglądają. Nie wiem, czy ona zachęciłaby mnie do jej przeczytania, sądzę, że raczej nie. Dopiero opis wydaje mi się dość ciekawy, choć też z lekka oklepany. Okładka raczej na minus, jak dla mnie.


Podsumowując moje wrażenie po lekturze „Odlotu” jestem pozytywnie zaskoczona, czytało ją naprawdę szybko, przyjemnie, bohaterów polubiłam. Zwłaszcza głównych, którzy byli wyraziści i godni zapamiętania. Sądzę, że sięgnę po więcej książek autorki, Jennifer Echols wpłynęła na mnie pozytywnie. 
Ocena: bardzo dobra [5/6]

Autor: Jennifer Echols
Tom: -
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 360
Cena: 32,90 zł
Data przeczytania: 2014-03-26
Skąd: biblioteczka koleżanki

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

czwartek, 27 marca 2014

Zagrożeni

Allie nie radzi sobie z natłokiem uczyć, jakie pojawił się w jej głowie po śmierci Jo. Dziewczyna była jej przyjaciółką, wciąż nie wierzy, że nie mogła jej pomóc, że nikt jej nie pomógł. Teraz buntuje się przeciw wszystkim i wszystkiemu, chcę uciec ze szkoły, chcę się wyrwać. Wie, że od kiedy dołączyła do Cimmeri jej życie przestało być normalne, ale ona również się zmieniła. Czy ucieczka to na pewno dobre rozwiązanie?

Tym razem miałam okazję czytać trzeci tom cyklu Wybrani stworzonego przez C.J. Daughery. Po „Zagrożeni” liczyłam na dość sporo, bo moje wrażeniach po przeczytaniu tomu drugiego było bardzo pozytywne. Chciałam by seria mnie wciągnęła, by czytało się ja szybko i przyjemnie, a czy tak było?

Muszę powiedzieć, że niestety nie, a przynajmniej nie w całości. Jedynie pół książki wciągnęło mnie naprawdę mocno, a była to połowa druga. W pierwszej niesamowicie mocno denerwowała mnie główna bohaterka, rozumiem, ż przeżywała śmierć przyjaciółki, ale zachowywała się irracjonalnie i często po prostu głupio, do tego odpychała od siebie wszystkich i nie dawała sobie pomóc. Dopiero później doszła do siebie i zrozumiała, że takim zachowaniem niczego nie osiągnie i nie pomści przyjaciółki. To był punkt przełomowy, kiedy wreszcie otrząsnęła się z depresji, nagle wrócili inni bohaterowie, problemy szkoły weszły na bliższy plan, a Allie nie rozpływała się jedynie myślami nad swoimi problemami. Właśnie od tego momentu czytanie szło zdecydowanie lepiej, a nawet przychodziło mi to z przyjemnością, co było miła odmianą po zmuszaniu się do lektury.

Czas wspomnieć o bohaterach. Jak już wspomniałam początkowo byli jedynie tłem, ale później nabrali wyrazu. Nie będę jednak ukrywać, że wciąż byli papierowi, autorka, jak dla mnie, zbyt małym stopniu skupiła się nad ich charakterami, wyrazista jest jedynie Allie, ale czy jeden bohater może uratować całą powieść, nawet jeśli jest o postać główna? Pewnie jeśli jest to naprawdę niesamowita postać, tak, ale mi Allie dosć mocno działa na nerwy, wiec raczej nie miało to miejsca w tym przypadku.

Skoro była mowa o postaciach to czas na główny wątek powieści, czyli walka z Nathanielem. Sądzę, że on jako jedyny ma w sobie jakoś iskrę, którą autorka pobudziła. Plan złego charakteru serii rozkwitał powoli, w tym tomie poznajemy jego motywy i początkowy rozwój wypadków. Ten motyw spodobał mi się, mówiąc krótko. Ma w sobie duży potencjał, więc mam nadzieję, że autorka go rozwinie.

Podczas moich wywodów nie mogę zapomnieć o wątku romantycznym. Oczywiście, nic się nie zmieniło i nadal pomiędzy Allie, Carterem i Sylvainem krąży burza uczuć. No może z tą burzą przesadziłam, ale jakiś mocniejszy wietrzyk na pewno wieje.  Mimo zerwania z Carterem, Allie nie wie, co czuję. Odpycha od siebie Sylvaina, ale on wciąż walczy. Dziewczyna zastanawia się, czy jej uczucie do byłego chłopaka wciąż trwa. Nie chcę też zaczynać żadnych związków ze względu na Nathanaiela, który rani wszystkie bliskie jej osoby. Ma więc spory dylemat.

Zostawię już sferę uczyć za sobą, a opiszę Wam okładkę tej części. „Zagrożeni” nie zachwycają, gdy pierwszy raz ja zobaczyłam sądziłam, że jest najlepsza z serii, co i tak nie było by wielkim osiągnięciem, bo żadna z polskich jakoś mocno mi się nie podoba. Teraz ochłonęłam i nie uważam jej za tak dobrą. Tak na marginesie, zawsze zastanawiam się, który z okładkowych chłopaków do Carter, a który Sylvain. Wiem, że nie tylko ja mam ten problem.

Podsumowując, zawiodłam się podczas czytania tej książki, liczyłam na wzrost poziomu, a w pierwszej połowie dość mocno on spadł, dopiero w dalszej części było lepiej, ale i tak niesmak pozostał. Teraz muszę rozważyć, czy więcej było plusów, czy minusów tej lektury, ale w sumie nie jest to takie proste. Gdyby książkę przepołowić byłoby łatwiej, a tak muszę to jakoś połączyć.

Tak więc oceniam: średnia+ [3+/6]

Autor: C. J. Daugherty
Tom: III
Wydawnictwo: Moondrive
Ilość stron: 384
Cena: 39,90zł
Data przeczytania: 2014-03-19
Skąd: biblioteka publiczna

 Akademia Cimmeria:
Wybrani  ---  Dziedzictwo  ---  Zagrożeni

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

środa, 26 marca 2014

Na psa urok

Lekko przestarzały dwudziestolatek

Czasem zastanawiam się, jak to mogłoby być, gdybym żyła wiecznie. Co mogłabym zrobić, gdzie wyjechać, co zobaczyć, kogo poznać. Można by tak wyliczać w nieskończoność, wciąż poszerzać definicję szczęścia, a właściwie tego, co zrobić, by być w pełni szczęśliwym. Jednak takie długie życie to przecież nie tylko pasmo samych pozytywnych zdarzeń, doskonale wie o tym Atticus O’Sullivan...

Ów niezwykły człowiek jest głównych bohaterem Kronik Żelaznego Druida, serii stworzonej przez Kevina Hearne. Pierwsza część pozytywnie zaskakuję już samym tytułem, czy „Na psa urok” nie brzmi oryginalnie? Już samo to mocno mnie przyciągało, po drugie jednak uczynił to charakter Atticusa, o którym czytałam same pozytywy. Nie mogłam przejść obok książki obojętnie, a teraz Wam przybliżę jej opis.

Atticus nie wyróżnia się na tle innych ludzi, no może poza tym, że jest niesamowicie przystojny, atrakcyjny, wysportowany. Wygląda na zwykłego dwudziestoparolatka jednak to tylko pozory, za tą aparycją skrywa się doświadczony, znający życie druid, który od wielu setek lat ucieka przed swoim największym wrogiem, rządnym starego, niezrównanego w walce irlandzkiego miecza. Aenghus Óg, bo tak nazywa się przeciwnik Atticusa nie przebiera w środkach. Czy liczący ponad dwa tysiące lat druid odważy się wreszcie na otwarte starcie? Konfrontacja jest bliski, bogini śmierci Morrigan nie pojawia się przecież bez powodu, a tym razem nie miała dla głównego bohatera kolorowych wizji.

„Za moich czasów mówiło się "Burzowe chmury przeklęte są po trzykroć" , ale nie mogę przecież gadać w takim stylu, jeśli chcę, żeby ludzie wierzyli, że jestem amerykańskim dwudziestolatkiem, więc zamiast tego mówię: "Gówno się zdarza, brachu".”

Od czego zacząć by moje rozważania? Sądzę, że najlepiej będzie wspomnieć na początku o głównych bohaterze, który tworzy niezwykły, humorystyczny klimat, który utrzymuję się podczas całej lektury. Atticus nie jest całkowicie normalnym chłopakiem, ale nie można mu się dziwić, częste, niezapowiedziane wizyty bogów różnych wyznać(podobno spotkał nawet Maryję), ataki ze strony istot, w które ludzie nie wierzą już od wielu wieków, ciągła ucieczka przed boskim wrogiem, a do tego brzemię przeżytych dwóch tysięcy lat. Z jednej strony można powiedzieć, że prowadzi normalne życie, doskonale wtapia się w otoczenie, z drugiej znajduję się pomiędzy wieloma świtami, erami życie ludzkości. Życie tak długo musi być piękne, ale równocześnie męczące. Przecież w jego okresie na kłopoty mówiło się zupełnie inaczej niż teraz, tak sytuacje, w których on lub jego boscy goście zaczynają swoje wypowiedzi przestarzałym językiem czasem może być zabawna, nawet on sam czasem się sobie dziwi. Druid ma wielki dystans do siebie, ma ogromną wiedze i instynkt, co można było poznać między innymi podczas jego kontaktów z polskimi wiedźmami(nasz narodowy symbol:P). Dla to bohater idealny, potrafi rozbawić, ale nie jest jedynie postacią komiczną. Do tego warto wspomnieć, że mamy doskonały wgląd w jego myśli, przypuszczenia i rozmyślenia dzięki pierwszoosobowej narracji. Moim zdaniem ten aspekt został wybrany doskonale.

Wciąż przedzierają się w mojej recenzji jacyś bogowie, to prawda mają tu bardzo dużą rolę. Autor oparł swoją książkę na mitologii celtyckiej, jednak niekiedy możemy też znaleźć wspomnienia innych, co często budzi uśmiech poprzez zaskakujące połączenia. Bogowie jak to bogowie, kompletnie nie liczą się ze sprawami ludzkimi, stawiają ich na drugim planie, najpierw liczą się ich własne interesy. We współczesnej literaturze taki obraz panów świata pojawia się dość często, można się więc do niego przyzwyczaić. Ciekawe dla mnie było natomiast to, że autor poruszał się po kompletnie mi nie znanym terytorium, panteon irlandzkich bóstw poznawałam po raz pierwszy, z czego bardzo się cieszę. Początkowo trochę trudno mi było ogarnąć, kto jest kim, ale podczas dalszej lektury było już łatwiej. A ich charaktery okazywały się mylące nawet w oczach druida, który ma z nimi do czynienia od dobrych paru lat.

Jaką kwestię powinnam jeszcze poruszyć? Sądzę, że do humoru powieści, który rozwija się od pierwszych stron nie muszę Was przekonywać, jest on specyficzny, ale łatwo się do niego dostosować. Za równie duży pozytyw książki uważam również to, że autor tak niezwykle ukazał nam świat istoto nadnaturalnych, miało to miejsce z dużym przymrużeniem oka, ale i ze sporym pomysłem. Za najciekawsze uważam to, jak przedstawił samego druida, jego moce i umiejętności. Pobieranie mocy z ziemi, jego amulet, mentalne połączenie z czworonożnym przyjacielem, to wszystko tworzy naprawdę interesujący obrazek. A im dalej czytałam tym poznawałam jego nowe talenty i moce. Sądzę, że to jednak nie koniec i Atticus ma w sobie jeszcze wiele tajemnic, których nie odkryłam do tej pory.

Za jeden z negatywów uważam fakt, że książka lekko się dłuży, nie ma nawet pełnych trzystu stron, a jednak czytałam ją dość długo. Może to przez to, że zostałam wrzucona na głęboką wodę z wszystkimi tymi bogami, wrogami i tajemnicami druida. Nawet jako narrator nie odkrywa on przed czytelnikami wszystkich kart. Poznawałam jego bogatą przeszłość przez całą książkę, a i tak nie znam nawet jej połowy. Co z drugiej strony jest dobre, bo wciąż ma on ukrytych sporo sekretów.

Drugim wątkiem, który wysunął się trochę dalej w wydarzeniach, a który nabierał mocy w dalszym natłoku zdarzeń jest sprawa tajemniczej kelnerki. Atticus zna ją już jakiś czas, ale wciąż nie może rozgryźć, co ukrywa, nie pomaga mu w rozgryzieniu zagadki nawet jego prawnik-wilkołak z niesamowitym węchem. Ten pomysł autora wydał mi się naprawdę innowatorski, nie przypominam sobie bym się z czymś takim spotkała, więc działało to na mnie bardzo pozytywnie. Pod koniec książki w sprawie owej postaci doszło do rozwiązania, ciekawi mnie, jak jej wątek się rozwinie, następny tom na pewno będzie obfitował w intrygujące momenty.

Czas zbliżać się ku końcowi, jednak najpierw okładka. Muszę powiedzieć, że przyciąga równie mocno, co sam tytuł. Doskonale kojarzy mi się z bohaterem, czytając miałam przed oczami właśnie postać z okładki. Cały obraz dopełniają napisy i ciemne, dość tajemnicze tło. Tak wyobrażam sobie Atticusa gotowego do pojedynku, pewnego siebie i zdecydowanego.

„Na psa urok” jest dobrym kawałkiem fantastyki. Nie żałuję, że namawiałam na zakup panią z miejscowej biblioteki, mam nadzieję, że z tej lektury skorzystam nie tylko ja, ale i inni czytelnicy. Autor wplótł w zwykły świat śmiertelników, trochę boskiej energii i magii. Do tego okrasił to wszystko niebanalnym humorem i sporą ilością akcji. Zakończenie wzmaga apetyt na więcej, mam nadzieję, że szybko przeczytam dalsze losy niezwykłego druida i poznam jeszcze wiele jego przygód.

Ocena: bardzo dobra

Autor: Kevin Hearne
Tom: I
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 296
Cena: 35,90zł
Data przeczytania: 2014-03-15
Skąd: biblioteka publiczna

Kroniki Żelaznego Druida:
Na psa urok ---  Raz wiedźmie śmierć  ---  Między młotem a piorunem  ---  Zbrodnia i Kojot  ---  Kijem i mieczem  ---  Kronika wykrakanej śmierci  ---  Shattered


Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

wtorek, 25 marca 2014

Żelazny cierń

Uwaga na kolce...

Jest gdzieś daleko miejsce, gdzie królują maszyny, gdzie wszystko jest realne, twarde, rzeczywiste, tam nie ma marzeń. To królestwo pary, to królestwo żelaza, to królestwo pracy i ładu. Ale nawet w  idealnym, uporządkowanym miejscu trafiają się pewne rysy, pewne zadrapania. Skazy w systemie. A jedną z takich skaz jest rodzina Aoife.

Całą rodzina Aoife zarażona jest Nekrowirusem, wirusem, który powoduję szaleństwo. Matka zamieszkuję coraz to nowe ośrodki dla umysłowo chorych, a brat Conrad przez chorobę trzymał jej nóż przy gardle. Dziewczyna wie, że i ją czeka to, co resztę, nie tylko ona to wie, huczy też cała szkoła. Zawsze była blisko z bratem, ale gdy on uciekł, został jej tylko Cal, chudy, ekscentryczny chłopak, który doskonale ją rozumie. Prosi go więc o przysługę. Razem muszą odszukać Conrada, który zostawił tylko jedną, krótka wiadomość. Jednak Aoife wie, co musi zrobić. Porzuca swoje dotychczasowe życie i wyrusza do miejsc, w których nigdy nie powinna się znaleźć...

Historię Aoife poznałam dzięki powieści Caitlin Kittredge „Żelazny cierń”. Jest to pierwsza część serii, w której króluje stal, maszyny i technologia z przed lat. W Polsce nie zostały wydane kolejne części cyklu, więc moja przygoda z twórczością autorki będzie musiała zakończyć się na pierwszym tomie. Ale jak przedstawiają się moje wrażenia po lekturze? O tym zaraz Wam napiszę.

„- Magia nie istnieje, Aoife. To tylko placebo głupich.”

„Żelazny cierń” był książką, po której nie wiedziałam, czego się spodziewać, niby opis sporo mówił, niby czytałam jej recenzje, ale jakoś nie mogłam sobie wyrobić opinii. Zaraz po jej kupieniu zafascynował mnie początek, dziewczyna, która przemierza zakłady dla obłąkanych... Temat ciekawy, prawda? Ale poprzestałam wtedy na jednej stronie. Stała na półce ze dwa lata, a teraz przypomniałam sobie o niej, gdyż zachęciło mnie do tego wyzwanie. Ale odbiegam od tematu. Przed przeczytaniem nie miałam ogromnych oczekiwań, więc do lektury podeszłam spokojnie. Książka wywołała u mnie pozytywne uczucia. Historia może nie rozwinęła się tak interesująco, jak mówiła pierwsza kartka, ale i tak nie nudziłam się. Czytałam bez dłuższych przerw i raczej chciałam dowiedzieć się, co wydarzy się dalej. Nie będę jednak ukrywać, że zdarzały się gorsze momenty, a była nim dla mnie chyba środkowa faza, ani jeszcze historia się w pełni nie rozwinęła, ani początkowe zdarzenia nie przyspieszyły. Mimo tej chwilowej niewładności, dalej szło gładko.

Może czas na krótki opis charakteru głównej bohaterki i reszty postaci. Aoife jest silną i zdecydowaną osobą, naprawdę ją polubiłam, bo nie bała się ryzykować, ale jednocześnie nie robiła rzeczy, które były irracjonalne i po prostu głupie. Czasem przeszkadzał mi jedynie jej wiek, 15 lat to dla naprawdę mało, ale ksiązki rządzą się innymi prawami. Co mogę powiedzieć o innych bohaterach? W sumie nie ma ich wielu, a przynajmniej tych, którzy odgrywają jakoś większą rolę. Początkowo lekko irytował mnie przyjaciel Aoife, ale później, gdy poznałam go lepiej rósł w moich oczach, a do tego ten nagły zwrot w jego charakterze, byłam naprawdę zaskoczona. W akcji wybija się również Dean, który był ich przewodnikiem podczas poszukiwań Conrada. Nie będę ukrywać, ze lubię takie postaci, tajemnicze, jakby oddalone, ale z drugiej strony widać, że im zależy. Do tego duet tych dwóch panów zawsze dodawał koloru wydarzeniom, poprzez ciekawe rozgrywki słowne i dogryzanie sobie nawzajem. Wnosiło to trochę humoru do całej powieści.

Krótko chciałabym też opisać relacje uczuciowe pomiędzy bohaterami wyżej wymienionymi. Niestety jest to bardzo, ale to bardzo przewidywalne. Dziewczyna nielubiana w szkole, ma jedynie jednego przyjaciela, który skrycie siew  niej podkochuje, ale ona tego nie zauważa. Podczas niebezpiecznych wędrówek i przygód na ich drodze pojawia się tajemniczy nieznajomy, który powoli, acz dokładnie porywa serce głównej bohaterki. Schematycznie? Niestety tak, bardzo często można podobny pomysł znaleźć w innych książkach, cieszę się, że cały pomysł na historię wypadł zdecydowanie ciekawiej.

„Ci, którzy nie znają historii, skazani są na jej powtarzanie”

Trochę późno, ale lepiej niż wcale poruszę sprawę świata, w jakim rozgrywa się akcja. Właściwie w powieści występują dwa wymiary, jeden, w którym żyje bohaterka, drugi zaś, który ukazuję nam się w dalszej części lektury. Świat realny poznajemy dość dobrze, jest to miejsce, gdzie ludzie żyją wedle ściśle określonych reguł, nie liczy się fantazja, ani wyobraźnia. Za wszelkie przejawy szaleństwa, wykraczania poza ramy ludzie są karani, dość agresywnymi metodami, do czego wykorzystuje się maszyny parowe. W całej krainie największe miejsce odgrywają właśnie maszyny, żelazo. To świat, w którym rządzi racjonalny umysł i nie mam tu na myśli jedynie przenośni, ale również władzę. Ludziom wmawiana jest ich racja, jednak dopiero w późniejszych etapach można naprawdę przekonać się, co ukrywa.

Zaczęłam o jednym świcie, czas więc poruszyć kwestie drugiego wymiaru. Jest on zdecydowanie bardziej fantazyjny, ale nie bajkowy. Istoty, które w nim spotykamy są mroczne, zawistne, okrutne. Miejsce nie zachęca do podróży, wzbudza fascynację, ma w sobie wiele tajemnicy, przez co jest ciekawy. Poznajemy jedynie jego obrzeża, nie znamy go nawet w małej części, dlatego tak ciekawi.

Na koniec chciałabym napisać kilka słów o okładce. Od początku mnie ona zafascynowała, tajemniczy plener, dziewczyna z tajemnicą, a do tego ładnie wkomponowane napisy. Wszystko to tworzy spójną całość. Do tego obraz zapada w pamięć.

Podsumowując moje wrażenia, jestem naprawdę mile zaskoczona, nie liczyłam po powieści na wiele, ale czytało się ją naprawdę przyjemnie. Historia mnie wciągnęła, cała opowieść była dość nietuzinkowa, może poza wątkiem romantycznym, ale jestem to w stanie wybaczyć.

Ocena: bardzo dobra [5/6]

Autor: Caitlin Kittredge
Tom: I
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 456
Cena: 37,90zł
Data przeczytania: 2014-03-08
Skąd: własna biblioteczka

Żelazny kodeks:
Żelazny cierń  --  The nightmare garden  --  The mirrored shard

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

piątek, 21 marca 2014

Szósta klepka - "Piątek z Jeżycjadą"

Samoocena to jedna z najważniejszych kwestii, która odpowiada za kontakty międzyludzkie, a co najważniejsze za postrzeganie samego siebie. Niektóre osoby nie potrafią dostrzec swoich pozytywnych stron, wyszukują jedynie wad i nie widzą tego, co potrafią dostrzec ludzie wokół. Nadmierna pewność siebie jest zła, ale o Cesi na pewno nie można powiedzieć, by miała zbyt wysokie mniemanie o sobie.

Kim jest Cesia? To bohaterka pierwszego tomu Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Jest ona główną bohaterką powieści „Szósta klepka”, w której to właśnie ona odgrywa największą rolę. Poza nią bohaterami są również jej rodzina,  szkolni znajomi. Ale do nich jeszcze wrócę. Ważne, że nadrabianie zaległości czytelniczych z serii trwa.

„Los puka do drzwi na różne sposoby. Niekiedy odbywa się to rozgłośnie, w pełni dramatycznie - niekiedy zaś cicho i podstępnie.”

Wszystko zaczęło się dość niespodziewanie kilkuletni Bobcio wstając rano, naprawdę wcześnie postanawia sprawdzić, jak palą się pewne przedmioty i wychodzi, by to zrobić na balkon. Od ognia zaczęły płonąć również firanki, które jednak same szybko zgasły bez większej interwencji chłopca. Po zamieszaniu położył się dalej spać.
Później obserwowałam pobudkę Cesi, głównej bohaterki, która nie zauważyła wcześniejszego pożaru, zajęta zastanowieniem się, dlaczego nie jest podobna do swojej idealnej siostry oraz tym, jak napisze dzisiejszy sprawdzian z matematyki.

Jednak początek nie jest tak istotny, ważniejsze wydarzenia mają miejsce trochę później, już po wstępnym poznaniu postaci, po zapoznaniu się z rodzinną sytuacją. Dopiero wtedy zaczyna się właściwa historia. Cesia zaprzyjaźnia się z dziewczyną ze swojej klasy, co skutkuje wieloma ciekawymi wątkami, do tego interesuje się nią pewien chłopak, którego wcale nie zauważa. Na drugim planie znajdują się problemy całej rodziny Żaków, przeprowadzka przyjaciółki Julii (siostra Cesi), która jest w ciąży do ich i tak małego domku, do tego zamieszania, jakie wciąż wywołuje mały Bobcio. To wszystko tworzy mieszankę wręcz wybuchową.

Bohaterowie, jak w każdej książce z serii Jeżycjada mają bardzo mocno zarysowane charaktery, a jednak nie rażą one w oczy, bo wydają się całkowicie naturalne. Rodzina Żaków przypomina zwykłą rodzinę, wcale nie idealną, ale jednak kochającą. Taki obraz towarzyszy nam podczas całej lektury. Cesia mimo swoich wad nie denerwowała, a  bawiła. To jak przeglądała siew  lustrze, to jak na siebie patrzyła można połączyć z zachowaniem wielu nastolatek. Gdy się jedna czyta o takiej postaci jest to naprawdę zabawne. Kogo polubiłam najbardziej, zdecydowanie Bobcia. Sądzę, że nocne podpalenie firanek nie równa się z niczym, co do tej pory czytałam, a do tego późniejsza rozmowa o karze. A czy nie jest tak często, że gdy małe dziecko coś powie, to czasem nie można znaleźć żadnej odpowiedzi. 

Jak się pewnie możecie domyślić Cesia pozna swojego wymarzonego ukochanego, a tą postacią okaże się ktoś kompletnie niespodziewany, przynajmniej dla niej. Dziewczyna takiego rozwoju zdarzeń nie brała pod uwagę, a jednak miał on miejsce. Oczywiście nie obeszło się bez sprzeczek, kłótni, niedomówień. Trochę przewidywalny schemat, ale mimo wszystko czytało się nieźle.

Okładka książki przedstawia Bobcia, jak sądzę, ciekawi mnie dlaczego nie Cesię, skoro to ona była przewodnią postacią, no ale jest jednak on. Chyba, że się mylę, ale raczej nie. Do tego na pewno widzę na obrazku mysz, która będzie miała kilka swoich zabawnych momentów w powieści. Tak ona też się wykaże.

„Pracować nad sobą trzeba do końca życia, bo zawsze jeszcze można coś poprawić.”

Podsumowując moje drugie w tym roku spotkanie z Małgorzatą Musierowicz, muszę powiedzieć, że historia była przyjemna. Czytałam ją z przyjemnością i naprawdę szybko. W opowieści autorka duży nacisk kładła na humor, niektóre postacie, ich zachowania, czy sytuacje były naprawdę zabawne, jednak nie obyło się bez pewnych minusów. Momentami Cesia naprawdę mocno irytowała, nie była to postać, która każdy polubi, ale podczas dalszej lektury da się do niej przekonać. Sądzę, że kolejne części mogą być tylko lepsze, bo pogorszenia wyników po tej autorce się nie spodziewam.
Ocena: dobra + [4+/6]

Autor: Małgorzata Musierewicz
Tom: I
Wydawnictwo: AkapitPress
Ilość stron: 188
Cena: ok. 20 zł
Data przeczytania: 2014-02-23
Skąd: biblioteka publiczna

Jeżycjada:

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

wtorek, 18 marca 2014

Uczta dla wron. Cienie śmierci

„Wrony nie dbają o to, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.”

Wrony od zawsze kojarzyły się z mrokiem, ze złem, były oznaką złych nowin i niebezpieczeństw. Gdy o nich myślę, teraz po przeczytaniu kilku książek z serii Pieśń Lodu i Ognia, zawsze pojawia mi się obraz tych ptaków wydziobujących oczy nieszczęśników. Makabryczne, ale właśnie z tym kojarzy mi się sam tytuł powieści „Uczta dla wron”, który jest już czwartym tomem cyklu George R. R. Martina. Dziś chciałabym się jednak skupić na jedynie pierwszym tomie, o podtytule „Cienie śmierci”.

W Siedmiu Królestwach wiele się zmieniło. Król Joffrey nie żyję, po tragicznym weselu jego wuj, Tyrion został wtrącony do lochu za jego zabójstwo. Karzeł jednak przy pomocy swego brata uciekł, a przed zniknięciem zabił swego pana ojca. Teraz władza spoczywa w rękach Cersei, która kieruję państwem w zamian za swojego młodszego syna. Mimo wielu rad ze strony rodziny ojca, obsadza Małą Radę jedynie własnymi poplecznikami. Jak to wpłynie na państwo?
W innych zakątkach kraju również wiele się dzieje. Na Żelaznych Wyspach ma się odbyć pierwszy od wielu wieków Wiec, podczas którego ma zostać wybrany nowy władca, kto przejmie władze? Największe szanse mają córka byłego króla oraz jego dwaj bracia. Jednak kto zostanie wybrany jest zagadką?
W Dorne aż huczy od informacji związanych z pojedynkiem Czerwonej Żmii i Góry, Wężowe Bękarcice chcą pomścić swojego ojca i obmyślają plan, jednak czy dojdzie on do skutku?

„Wszyscy ludzie kłamią kiedy się boją”

„Uczta dla wron. Cienie śmierci” została napisana trochę inaczej niż poprzednie części. Mamy tutaj spojrzenie na zupełnie inne postaci, a przynajmniej na część z nich. Pojawiają się dobrze nam znani bohaterowie, jednak nie ich tu tylko kilku. Wiele wątków, które zostały rozpoczęte w poprzednim tomie zostało pominiętych i rozpoczęte będę dopiero w księdze piątej. Tu znajdziemy tu wiele Johna Snowa, Deanerys ze swoimi smokami, czy Tyriona. Największą rolę przejęło rodzeństwo Cercei i Jaime, siostry Stark i Brienne. Jednak pojawia się również postaci, które do tej pory odgrywały małą rolę lub były postaciami pobocznymi. Dzięki nim możemy spojrzeć na to, co dzieje się na Żelaznych Wyspach, czy w Dorne, a nie jedynie słuchać o tym z informacji postaci, które tego nie przeżyły. Autor mocno poszerzył nasze horyzonty, ale odbiło się to na tym, że nie ujął wydarzeń wszystkich głównych postaci. Kolejna część, czyli „Taniec ze smokami” będzie się jak sądzę odbywał równolegle, by dać nam więcej informacji o postaciach, których tu zabrakło.

Muszę od razu napisać, że w tym tomie akcja naprawdę mocno zwalnia, w poprzednim wprost nie mogłam się oderwać i wciąż napotykałam niesamowicie wiele niespodzianek, a teraz było blado... Niestety akcja posuwa się powoli, jak na razie nie zapowiada się na żadną wielką bombę. Nawet nie było jeszcze fajerwerk. Powoli zawiązują się pewne intrygi, a z niewielkich przecieków od przyjaciółki wiem, że będzie się działo, jednak wciąż czekam na tak wiele emocjo, jak miało to miejsce we wcześniejszej książce.

„To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.”

„Cienie śmierci” nie obfitowały w zwroty akcji, a do tego sporo narratorów średnio mnie ciekawiło. Na pewno polubiłam wydarzenia przedstawiane przez Brienne i Aryę, trochę mniej, ale również interesowały mnie wydarzenia Sama, Sansy i Jaime, ale te które przedstawiała Cersei, nie mogłam ich przemóc, a niestety było ich najwięcej. Od początku nie lubiłam tej postaci, a jej zachowanie jedynie mnie irytowało, ale to co wyprawiała w tym tomie przechodzi wszelkie pojecie, a ona ośmiela się nazywać Rywinem w spódnicy, chyba oszalała. Dla jej zagrania polityczne, nie były przemyślane, sądzę, że niedługo wszystko to, co osiągnął jej ojciec pójdzie w rozsypkę. Nie wiele osiągnęła. Nie będę rozpisywać się na temat innych narracji, ale nie mogę pominąć moich ulubionych fragmentów z Aryą. Moim skromnym zdaniem było ich za mało, ja już bym chciała dowiedzieć się, jak zakończy się jej szkolenie, a właściwie czy je podejmie. Na razie pozostaje jedynie wiele pytań, jej zachowanie w miejsce, w którym się znalazła jest wieloznaczne, mam nadzieję, że osiągnie to, co tak bardzo mnie interesuję.

„-Niektórzy myślą dlatego, że boją się działać.
 -Między strachem a ostrożnością jest różnica.”

Czas na krótkie rozważenia na temat tytułu. „Uczta dla wron” po takich słowach liczyłam na wiele walk, intryg, zabójczych niespodzianek, widziałam już ciała nabijane na pale, zlatujące się nad nie ptaki, a wcale tego nie otrzymałam. N razie tytuł nie jest jeszcze stracony, przecież wiele może się wydarzyć w następnym tomie, jednak liczyłam na trochę więcej emocji po takiej zapowiedzi. „Cienie śmierci” jednak padały na postaci, nad niektórymi wciąż widzę zakapturzoną postać, która tylko czeka na ich potknięcie. Na razie jednak śmierć nie zebrała wielkich plonów, z jednej strony można się tylko cieszyć, że nie zabierała ulubionych postaci, z drugiej zaś czytając ową część miałam nadzieję, że kilka znienawidzonych postaci pożegna się z walką o władze. Ale w ilu procentach to się udało dowiecie się jedynie czytając owy tom.

Co mogę powiedzieć o okładce pierwszej części „Uczty dla wron”? Niestety, ale mnie nie zachwyca, do tego jak się dowiedziałam nie przedstawia nawet bohaterów książki, a jedynie postaci z innych książek autora. To co właśnie w grafice ceniłam to to, że okładki były doskonale dopasowane do zdarzeń, a tu niestety tak nie jest. Szkoda, bo chyba jedynie to łączyło wszystkie książki. Przecież wszystkie są przedstawione w zupełnie innych schemacie. Szczerze, wyglądają jakby były z zupełnie innych cykli.

Podsumowując moje czytelnicze wrażenia, jestem lekko rozczarowana, po tak niesamowitym tomie trzecim liczyłam na wiele więcej. Tu akcja zdecydowanie zwalnia i nie dzieje się tak wiele, choć nie można zarzucić, że ksiązka nudzi. Przeczytałam ją niesamowicie szybko, ale nie czułam wielkiego zaskoczenia, wielkich niespodzianek tu nie znalazłam. Może druga część „Uczty dla wron” okażę się lepsza.

Ocena: bardzo dobra [5/6]

Autor: G.R.R. Martin
Tom: IV część I
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 512
Cena: 37,90zł
Data przeczytania: 2014-02-26
Skąd: biblioteka publiczna

Cykl Pieśń Lodu i Ognia: 
Gra o tron  ---  Starcie królów  ---  Nawałnica mieczy: Stal i śnieg  ---  Nawałnica mieczy: Krew i złoto  ---  Uczta dla wron: Cienie śmierci  ---  Uczta dla wron: Sieć spisków  ---  Taniec ze smokami cz.1  ---  Taniec ze smokami cz. 2  ---  The Winds of Winter  --- A dream of Spring  + Rycerze siedmiu królestw
 

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

sobota, 15 marca 2014

Miasto zagubionych dusz

"Łatwe jest zejście do piekieł"

Nic nie ma w życiu pewnego, a szczególnie nie w życiu Nocnych Łowców. Oni zawsze są gotowi na niebezpieczeństwo, nawet śmierć. Bliscy muszą się godzić na utratę, zawsze słyszą, życie się nie skończyło, bądź silny, idź dalej. Lecz gdy ktoś trawi do tego świata niedawno, dopiero odkrywa jego zasady, dla niego jest to trudne. Nie, to niewyobrażalne. Taka osoba robi wszystko, jednak nie to, na co wskazują zasady. 

Jace zniknął, Clary jest przesłuchiwana. Nie wie, co dzieje z nim dzieje, czy żyję, bardzo się boi. Dla Clave priorytetem jest odnalezienie Sebastiana, Jace nie jest dla nich ważny, to kolejny Nocny Łowca, który zniknął. Jednak Clary wraz z przyjaciółmi nie odpuszcza, postanowiła na własną rękę szukać ukochanego. Postanawia posunąć się do intrygi, chcę wkroczyć na terytorium wroga, chcę wejść w życie swojego prawdziwego brata. Jednak jak tego dokona? Czy będzie potrafiła uratować Jace’a?

„- Miłość nie jest moralna czy niemoralna - oświadczyła Clary. - Po prostu jest.”

To już moje drugie spotkanie z „Miastem zagubionych dusz”. Pierwsze miało miejsce rok temu zaraz po polskiej premierze, zaś teraz postanowiłam przeczytać ją ponownie. Książki pani Cassandra Clare nie leżą u mnie długo nieczytane. Pamiętam, że na początku trochę się bałam, bo tom czwarty był interesujący, ale miał trochę mniejszy poziom niż trzy pierwsze części. Ale tak naprawdę, czy Dary Anioła mogą być słabe dla ich wielkiego fana?

„Miłość. Krew, Zdrada. Zemsta”

Właśnie na tym opiera się cała akcja, te słowa już sam mógłby wystarczyć za cały opis. Akcja toczy się szybko w jednym momencie jesteśmy w wielu miejscach, patrzymy na sprawy z różnych perspektyw, mamy obraz na prawie wszystkie wydarzenia. W tomie było wiele walki, intryg, zawirowań. Działo się tyle, że nawet po drugim przeczytaniu wciąż przeżywałam wszystko niezwykle mocno. Teraz wciąż rozmyślam, co będzie dalej, a przecież nawet do światowej premiery tyle czasu... Autorka rozpoczęła wiele wątków, nie wszystkie jednak zostały rozwiązane, nie wszystko zostało wyjaśnione, jeszcze tyle problemów przed bohaterami. Ja już im współczuję. Ja już z nimi cierpię. Walka. Krew. Łzy. Żal.

„No, no - powiedział. - Najgorsze wyczucie czasu od chwili, kiedy Napoleon uznał, że środek zimy to najlepsza pora na inwazję na Rosję.”

Ogólnie ta część miała wiele niespodzianek, rzeczy, których kompletnie się nie spodziewałam. Zaskakiwały mnie postacie, zdarzenia, zachowania. Nie zawsze były to pozytywne doznania.

Clary ruszyła na samotną wyprawę w poszukiwaniu Sebastiana i Jace, nie patrzyła na konsekwencje, działała pochopnie, jednak nie denerwowało mnie to, bo według mnie postąpiła słusznie. Skoro tak czuła, musiała to zrobić. W tej części na reszcie stała się silna, odważna i po prostu zaimponowała mi. Nie jest już to zagubioną dziewczyną, która zlazła się w świecie, o którym nie ma pojęcia, ale odkryła, że wie wiele, że wiele może. Ale czy jej nowe umiejętności pomogą jej w odnalezieniu Jace?

Jace to była postać, która mnie negatywnie zaskoczyła, ale w sumie, nie mogę się dziwić, przecież był związany z Sebastianem, przeszedł przeminę, to już nie jest on, a niestety dawało się to bardzo mocno wyczuć. Kiedy czytałam to, kim się stał...  Stał się dla mnie obcy, a tak mocno mi imponował. Czy to, co się z nim stało jest jeszcze do uratowania?

Ogólnie ta część miała wiele niespodzianek, rzeczy, których kompletnie się nie spodziewałam. Jedną z nich była ciągła zazdrość Aleca. On i Magnus to idealna para i po co komplikować ten związek. W tej części było ich trochę więcej niż w poprzedniej, ale to co się z nimi dzieje, mocno się na mnie odbija podczas czytania. To najlepsza para i zawsze muszą być razem. Choć nie pochwalam zachowanie Alexandra(super musi to brzmieć, gdy mówi Magnus) to chciałabym poznać lepiej przeszłość Magnusa, wiem trochę o nim z Diabelskich Maszyn, ale i tak one nie zaspokajają mojej Widzy, Magnus przecież żyję już tyle lat. Z drugiej strony tajemnica, którą wokół siebie rozsiewa ma w sobie jakoś magię i moc. W końcu to czarodziej, prawda?

Druga sprawa to zachowanie Sebastiana, raz wydawał mi się miły, chciałam nawet się do niego przekonać, innym razem znowu stawał się tym okropnym typem, dobrze mi znanym. Jest straszliwym fanatykiem, ale cenię go upór w dążeniu do celu. Nie wiele osób zdobyło, by się na to, co on. Chłopak nieźle mąci, ale może wreszcie otworzy oczy Clave. Uważam, że Nocnym Łowcom potrzebne są zmiany. Choć chyba nie tym kosztem i nie takimi metodami.

Niezwykłą zagadką był dla mnie również brat Zachariasz, dialogi, w których bierze udział nie wskazują dokładnie, który to bohater. Diabelskie Maszyny to druga seria autorki, w której owa postać odgrywa bardzo ważną rolę, jednak przed przeczytaniem trzeciego tomu nie wiedziałam, który z głównych bohaterów stał się Cichym Bratem. Teraz to wiem(podczas pierwszego czytania nie miałam tej przyjemności) i gdy czytam fragmenty z nim, zaraz się uśmiecham, to silniejsze ode mnie. Ale po jego zachowaniu nie mogłabym poznać, kim jest.



Czy zakończenie mnie usatysfakcjonowało? Na pewno w połowie, czy bardziej nie wiem. Jeszcze czytając ostatnie rozdziały myślałam, ze sporo spraw skończy się w tym tomie, jednak się myliłam, wiele spraw zostało nierozwiązanych, jedynie je rozpoczęto. Autorka pozostawiła przede mną wiele pytań bez odpowiedzi, a one naprawdę mocno mnie gnębią. Ta seria jest jak narkotyk, gdy już się wciągnie, nie odpuszcza.

Dodam na koniec jeszcze kilka słów o okładce. Mam na półce polskie wydanie, jednak tym razem jestem nim usatysfakcjonowana, pierwszy raz wygląda naprawdę ładnie. Nie jest zachwycająca, ale przynajmniej nie wygląda strasznie, jak poprzednie, co już jest plusem. Myślę, że gdyby wszystkie były na takim poziomie, to jeszcze więcej osób, by się na nie skusiło i je kupiło.

Kończę już, nie będę zdradzać najważniejszych kwestii, uważam, ze musicie sięgnąć po tę część. Ja dosłownie ją pochłonęłam, uwielbiam świat Nocnych Łowców, chciałabym by ich przygody były jeszcze dłuższe, dwie moje ukochane serie niedługo dobiegną końca. Niedługo wszystko się rozstrzygnie, teraz muszę tylko czekać na wydanie. A będzie to bardzo trudne... I długie... I męczące...

Ocena: świetna [6/6]

Autor: Cassandra Clare
Tom: V
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 560
Cena: 39 zł
Data przeczytania: 2013-01-27,  2014-03-09
Skąd: własna biblioteczka



Seria Dary Anioła:
Miasto Kości --- Miasto Popiołów --- Miasto Szkła --- Miasto Upadłych Aniołów --- Miasto Zagubionych Dusz --- Miasto Niebiańskiego Ognia



Wyzwania, w których bierze udział ta książka: