piątek, 28 lutego 2014

Posumowanie lutego

Witam po ponownej nieobecności,

muszę Was się z niej wytłumaczyć, bo wynikła całkowicie nie z mojej winny, mianowicie zepsuł mi się komputer i dopiero dziś dostałam go z powrotem. Nie mogłam pisać recenzji, nie mogłam wchodzić na bloga, choć czasu miałam dużo, przecież trwały moje ferie. A teraz niestety czasu będzie coraz mniej, bo właśnie laba się kończy... Tak więc mam masę do nadrabiania w sprawach blogowo-recenzyjnych, za to w czytelniczych zdecydowanie wyszłam na prostą i zaraz dowiecie się jak bardzo.

Liczba moich obserwatorów: 210 (wzrosła o 8)
Liczba wyświetleń bloga: 30340 (wzrosła o 3064)
Najczęściej odwiedzany post: Zaginione opowieści (121 odsłon)
Liczba dodanych postów: (łącznie z tym)
Liczba przeczytanych stron: 5422
Liczba stron dziennie: 193,6
Liczba książek przeczytanych po raz pierwszy: 12
Liczba książek przeczytanych kolejny raz: 3
Najczęściej czytany autor: Małgorzata Musierowicz (4 książki)

Podsumowanie wyzwań: (w nawiasach liczba z poprzedniego miesiąca)
5. Dystopia 2014 0 (2)
6. Book lovers 4 (5)
7. Grunt to okładka 0 (2)
8. Paranormal romance 1 (3)
9. Serie na stracie 2 (5)
10. Mitologia  0 (0)


Książki przeczytane po raz pierwszy w lutym:
1. "Nawałnica mieczy. Krew i złoto" (Pieśń lodu i ognia 3.2) G.R.R.Martin +3,2cm
2. "Małomówny i rodzina" (Jeżycjada 0) Małgorzata Musierewicz +1cm
3. "Uczeń diabła" (Wielka wojna diabłów 1) Kenneth Andersen +2,6cm
4. "Rudowłosa" (cykl o Sabinie Kane 1) Jaye Wells +1,8 cm
5. "Miecz przeznaczenia" (Wiedźmin 2) Andzrzej Sapkowski  +2 cm
6. "Spalona"(Dom nocy 7) P.C. i Kristin Cast +2,5 cm
7. "Zielona mila" Stephan King (powieść w 6 częściach) +5 cm
8. "Szósta klepka" (Jeżycjada 1) Małgorzata Musierewicz +1cm
9. "Zabójcze"(Pretty Little Liars 6) Sara Shepard +2,1 cm
10. "Uczta dla wron. Cienie śmierci" (Pieśń Lodu i Ognia 4.1) G.R.R.Martin  +3,2cm
11. "Kwiat kalafiora"(Jeżycjada 3) Małgorzata Musierewicz +1 cm
12. "Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy"(12) Rafał Kosik  + 2,9 cm

Książki przeczytane po raz kolejny:
1. "Miasto upadłych aniołów" (Dary Anioła 4) Cassandra Clare  +2,6cm
2. "Ukryte miasto"(Ulysses Moore 7) P. Baccalario + 3cm
3. "Kłamczucha"(Jeżycjada 2) Małgorzata Musierewicz  +1cm


Najlepsza książka miesiąca: 
"Nawałnica mieczy.Krew i złoto", "Zielona mila", 
"Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy"
Najgorsza książka miesiąca: "Spalona"
Największe pozytywne zaskoczenie: "Rudowłosa"
Największe rozczarowanie: "Uczta dla wron. Cienie śmierci"
Liczyłam na więcej:  "Małomówny i rodzina"


Luty okazał się miesiącem, który był niezwykle udany czytelniczo, ale inne kwestie blogowe zeszły na dalszy plan, najpierw przez szkołę, potem przez niesprawny komputer. Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić wszystkie recenzje, bo przede mną leży stosik 10 książek, które w najbliższym czasie muszę ładnie opisać, mam nadzieję, że szybko się to uda. 

Do napisania, 
P.

czwartek, 20 lutego 2014

Miecz przeznaczenia

Wierzysz w przeznaczenie? W ciąg zdarzeń, który zawsze musi doprowadzić do celu, zdarzenia, miejsca, a nawet osoby? Czy nie da się uciec od tego, co zgotuje nam los? Czy nie mamy władzy nad własnym życiem, a jedynie krążymy? Może omijamy, ale zawsze trafimy tam, gdzie chciała to coś, ten ktoś nad nami?

„Miecz przeznaczenia” to drugi zbiór opowiadań mających miejsce w świecie Wiedźmina. Andrzej Sapkowski w ciekawy sposób połączył wątki z poprzednich opowiadań i zaczął splatać z nich intrygującą historię. Podczas lektury mocno odczuwałam to wiązanie, łańcuch zdarzeń. Wciąż napotykałam małe wzmianki do wcześniejszych opowiadań, do wcześniejszego zbioru. Opowieść zaczęła nabierać zarysów, dwa ostatnie rozdziały, jak sądzę są już wprowadzeniem w cykl Wiedźmiński, autor skrzętnie to ukartował.

„Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty.”

Wrócę jednak do samego początku. Pierwsze opowiadanie przenosi nas w opowieść niczym z średniowiecznych czasów, walka ze złym smokiem, jednak w całkowicie innym świetle. Od kiedy zaczęłam czytać tą część książki wydawała mi się ona z lekka znajoma, okazało się, że już dwa razy omawiałam jej fragmenty na lekcjach. Jeden w gimnazjum, drugi w liceum, właściwie bardzo niedawno. Czasem zastanawiam się, dlaczego lekturami nie są właśnie takie książki, coś co mogłoby zaciekawić młodych odbiorców... Ale znów odbiegam od tematu.

Nie będę przytaczać treści wszystkich opowiadań, bo myślę, że to zepsułoby jakoś czytania. Skupię się na aspektach, które były zauważalne w wielu historiach. Jednym z nich było nawiązanie do baśni. W poprzednim zbiorze jedna historia narzucała obraz „Pięknej i Bestii”, teraz „Małej Syrenki”, „Królowej śniegu” i wspomnienie „Dwunastu łabędzi”. Autor oczywiście jedynie podpiera się ich fabułą, twórczo ją przekształca i unowocześnia, bo mimo że akcja ma miejsce w realiach stylizowanych na średniowieczne bohaterowie zachowują się całkowicie inaczej. A przynajmniej większość. Te wplecenia niekiedy stają się szkieletem do całego opowiadania i z nich powstaje cała historia.

 „Najbardziej brakowało mi twojego milczenia.”

Kolejnym punktem wspólnym jest postać Yen, czarodziejki, dziewczyny Wiedźmina. Wątek romantyczny ma tu coraz większe znaczenie, a postać tejże bohaterki przemyka między opowiadaniami niczym zjawa, niekiedy w materialnej, niekiedy jedynie duchowej odsłonie. Związek Geralda i Yennefer nie jest niczym normalnym, to ciągłe uciekanie, oddalania i zbliżanie do siebie. Widać, że on chcę się zbliżyć i ona chcę się zbliżyć, ale to i tak nic nie daje. Są na siebie skazani, a jednocześnie nie mogą być razem. To niecodzienne i naprawdę ciekawe.

W zbiorze „Miecz przeznaczenia” czytelnika może intrygować to, że każde z opowiadań ma zupełnie inny klimat. Niektóre są zabarwione bardzo humorystycznie, inne są poważne, inne tajemnicze. To urozmaica czytanie, nie pozwala na nudę. Kiedy opowiadania są najzabawniejsze, wtedy pojawia się przyjaciel głównego bohatera, Jaskier. Trubadur ma niezwykle cięty język, wie, jak zauroczyć paniom i często wpada w kłopoty. Podczas lektury bardzo go polubiłam. Czuję, że jeszcze nie raz o nim przeczytam.

„Prawda jest okruchem lodu.”

Za najbardziej poważne opowiadania, zmuszające do pewnych przemyśleń, uważam „Miecz przeznaczenia”. Historia w nim zawarta ukazuję, jak człowiek potrafi wykorzystać inne stworzenia do własnych celów, stworzenia, które uważa za gorsze wypędza z ich naturalnych terenów, zabija, kaleczy. A one mogą jedynie uciekać, bądź stawić mu czoła. W dzisiejszym świecie takie zachowanie jest bardzo powszechne. Choć może nie w przypadku elfów, czy innych fantastycznych istot, ale względem innych ludzi, czy zwierząt. Takie porównanie rzuciło mi się na oczy podczas czytania.

„Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma.
Nawet ty, chociaż wydaje ci się, że jesteś taki inny.”

Czas na historię, którą okrzyknęłam mianem tajemniczym, a był to ostatni fragment książki, czyli „Coś więcej”. Autor, co chwila zaskakiwał dziwnymi zwrotami akcji, wspomnieniami, czy sennymi zmorami. Raz rzeczywistość, raz sen, trudno było zrozumieć, co tak naprawdę ma miejsce. Jednak najciekawsze było zakończenie, dopiero w ostatniej chwili zorientowałam się, do czego to dąży. Teraz tylko czas na rozwinięcie tego wątku.


Tym razem trafiła mi się okładka starszego wydania zbioru. Poprzedni miał okładkę bodajże z gry komputerowej, tym razem jednak mam okazję oglądać bardziej wiekową oprawę. Jest ona bardzo prosta, nazwisko, imię, tytuł, na dole(przynajmniej dla mnie) badziewie i niepotrzebne napisy. Zaś sama grafika jest raczej prosta, miecz, czaszka i naszyjnik z wilkiem. Za bardzo nie ma, co oceniać. Chyba bardziej przemawia do mnie ta unowocześniona wersja.

„Samo przeznaczenie nie wystarczy, to zbyt mało.
Trzeba czegoś więcej.”

Podsumowując moje spotkanie z prozą Sapkowskiego, jestem zaciekawiona i zaintrygowana, co autor pocznie pisząc dłuższe treści. Do tej pory czytałam same opowiadania i one zadziałały na mnie nadzwyczaj dobrze. Mogę nawet uznać, że to najlepsze zbiory opowiadań jakie spotkałam na swojej czytelniczej drodze(przyznam się jednak, że nie czytałam ich wiele). Mam nadzieję, że poziom książek zostanie utrzymany, bo na pewno będę czytać serię dalej.

Ocena: bardzo dobra[5/6]

Autor: Andrzej Sapkowski
Tom: II
Wydawnictwo: superNOWA
Ilość stron: 344
Cena: 29,90zł
Data przeczytania: 2014-02-19
Skąd: biblioteka publiczna

Cykl Wiedźmin:
Ostatnie życzenie  ---  Miecz przeznaczenia  --- Krew elfów  ---  Czas pogardy  --- Chrzest ognia  ---  Wieża jaskółki  ---  Pani Jeziora 


Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

środa, 19 lutego 2014

Miasto upadłych aniołów

Miasto inne niż wszystkie

Niektóre miasta różnią się od reszty, wzbudzają silniejsze emocje, sama ich nazwa wymusza wspomnienia. Są miasta szare, nijakie, ale trafiają się również barwne, tętniące życiem. Każde miasto ma swoją oddzielną historię, opowiada całkowicie inne losy, ma innych bohaterów. Tak samo jak różne są miasta, tak samo różne są książki Cassandry Clare. To ona w swojej serii Dary Anioła zaczerpnęła tytuły z miast, jednak ani jedno z nich nie istnieje naprawdę. Są tak fantastyczne, jak jej opowieści, jak jej światy, jak jej pomysły. Tym razem w głównej mierze chciałam skupić się na opisaniu wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas czytania czwartej części cyklu, czyli „Miasta upadłych aniołów”. Tomu, który rozpoczyna nowy rozdział w życiu dobrze nam znanych bohaterów, ale więcej za chwilę.

Simon czeka w kawiarni na Izabelle. Wciąż dziwi go, że dziewczyna ma ochotę na spotkania z nim, przecież niedawno nim  pogardzała. Spotkanie przerywają im ludzcy słudzy wampira, nakazują Simonowi udać się na spotkanie z ich panem, on zgadza się jednak nie bez zaostrzeń. Spotyka tam niezwykłą postać, początkowo sądził, że wzywa go Raphael, jednak pomylił się. Do miasta wróciła prawowita władczyni i proponuję Simonowi układ...
W tym samym czasie Clary trenuje wraz z Jacem. Matka była przeciwna jej ćwiczeniom, tak samo mocno, jak zostawaniu na noc w Instytucie w towarzystwie jej chłopaka. Z pierwszym zakazem Clary poradziła sobie bez trudu, jednak jak się okazało mama była nieugięta względem spania w domu. Teraz jednak nawet Jace odsuwa dziewczynę od siebie. Clary boi się, że chcę z nią zerwać, jednak przyczyna tkwi zdecydowanie głębiej...
Do tego w mieście zaczynają pojawiać się ciała martwych Nocnych łowców, którzy trzymali z Valentinem, to jasne, że ktoś chcę złamać i tak kruche relacje pomiędzy rasami. Czy sprawa ta nie ma jednak głębszego dna? Czy jest w jakiś sposób połączona z nową znajomą Simona lub dziwnym zachowaniem Jace?

„Miasto upadłych aniołów” rozpoczyna nową historię, jakby nową trylogię o nocnych łowcach, jednak wciąż ze znanymi z trzech pierwszych bohaterami i pewnymi wątkami, które zostały przedłużone i wykorzystane w innym celu. Historia ma swoje korzenie we wszystkich poprzednich trzech książkach, motywami nawiązuję też do drugiej trylogii autorki, czyli „Diabelskich maszyn”. Dla kogoś, kto uwielbia twórczość Cassandry Clare jest to pozycja obowiązkowa, nie ważne jak by się zapierał, że to pisanie dla kasy, że naciągane. Może i tak jest, ale wciąż trzyma poziom poprzednich książek, wciąż zachwyca, wciąż wywołuje wiele emocji i wciąż ciekawi. Do tego mi po skończeniu trzech książek trudno było się pożegnać z bohaterami, a teraz mogę dalej czytać i ich problemach o całym tym fantastycznym świecie, w którym jeszcze nie raz mogę się zagłębić. Ale czas na powrót do opisywanie tej części, trochę się zagalopowałam, ale już wracam.

„- Jesteś pierwszym Nocnym Łowcom, jakiego poznałem.
- Szkoda – skwitował Jace. – Bo wszyscy, których poznasz w przyszłości, straszliwie cię rozczarują.”

Pamiętam, że jeszcze przed wydaniem tego tomu w Polsce krążyły plotki, że seria będzie w całości poświęcona Simonowi. Okropnie się wtedy tego bałam, przyznam szczerze, że postaci Simona nie darzyłam wielką sympatią i nie wyobrażałam sobie czytania wciąż patrząc na wydarzenia jego oczami.  Od razu piszę, że pomówienia te były wyssane z palca. Narracja rozkłada się między wielu bohaterów, choć to prawda, Simon dostał w niej wiele rozdziałów. Ale wciąż czytamy, co sądzi Clary, czasem nawet trafiały się rozdziały oczami Jace, Iz, Aleca. I to właśnie w tym książkach cenię, że możemy dowiedzieć się, co w danej chwili ma w swoim sercu postać odgrywająca główną rolę w wydarzeniach. Nie ukrywam jednak, ze niekiedy brakuję mi tego przeskoku do innej postaci, ale nie można wymagać wszystkiego, przecież autorka nie zawsze trafi w gust wszystkich odbiorców, w sumie jest to nawet nierealne.

Podczas pierwszego czytania te książki, a miało to miejsce chyba zaraz po jej wydaniu bałam się, że historia będzie naciągana, że nie będzie już tyle akcji, że bohaterowie staną się nijacy. Jednak bardzo mocno się w tym względzie pomyliłam. Fabuła tego tomu jest niezwykle ciekawa, cały czas zmierza do punktu kulminacyjnego, ale jednocześnie rozpoczyna wiele wątków pobocznych, które równie mocno wpływają na ciekawość czytelnika. Nowa historia, jak już wcześniej wspominałam, wiążę elementy z innych książek autorki o Nocnych Łowcach, co dla mnie jako fanki serii ma niezwykłe znaczenie. Mogę przeżywać jeszcze dogłębniej zmagania i wiedzieć niektóre rzeczy, które inni bohaterowie dopiero poznają. Pomogło mi to trochę w zrozumieniu sytuacji Aleca i Magnusa, pary, którą uwielbiam. Nie będę ukrywać, że na ich drodze pojawiają się pewne zawirowania.

„L'amor che muove il sole e l'altre stelle.
(Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy)”

„Miasto upadłych aniołów” to tom cyklu, w którym związku bohaterów mają pewne problemy. Ma to miejsce w większości młodszych par. Najbardziej przeżywałam problemy Magnusa i Aleca, Jace i Clary, nie mogę sobie wyobrazić książek, gdyby oni się rozeszli, dla mnie jest to niewyobrażalne. To nie może mieć miejsca. Jednak problemy pojawiają się również wokół postaci Simona, który, co może zdziwić ma teraz dwie dziewczyny. Musiał on podjąć pewną decyzję, a nawet bardziej został do niej zmuszony. Trudno mi trochę pisać o tych aspektach, w ogóle trudno mi opisywać te książki, bo ja już znam dalsze losy, wiem, co będzie dalej. Teraz jedynie powtarzam sobie lekturę jednej z moich ulubionych serii i próbuję przekazać moje odczucia zaraz po jej skończeniu. Mam nadzieję, że trafnie.

Czas na krótkie opisanie przerażających okładek, jakie znalazły się na mojej półce. Często zastanawiam się, dlaczego tak cudowna seria dostała w Polsce tak masakryczne okładki. Czy grafik sądził, ze ona sama się obroni. Gdybym nie przeczytała pierwszego tomu w Internecie i nie wiedziała, ze seria jest tak niesamowita, wątpcie, czy te okładki by mnie zachęciły. A tak musiałam je mieć. Wychodzące teraz wydanie zagraniczne jest zdecydowanie ładniejsze i z wielka chęcią kupiłabym je, bo wyglądałoby ładnie na półce, ale fundusze wygrywają i ostatni tom tej serii również kupię w starej wersji okładkowej. Trudno, mogę mieć jedynie nadzieję, że będzie choć trochę lepiej, bo gorzej to chyba być nie może.

„- Chodzi o to, że należy trzymać się blisko przyjaciół, a wrogów jeszcze bliżej?
- Sądziłem, że należy trzymać się blisko przyjaciół, żeby miał cię kto podwieźć, kiedy zakradasz się nocą do domu wroga i rzygasz do jego skrzynki na listy.”

Podsumowując, czytanie książek Cassandry Clare zawsze jest dla mnie niesamowitą przygodą, uwielbiam do nich wracać, będę to robić jeszcze nie raz. Czwarty tom czytało mi się równie przyjemnie. Nie wiem, jak rozstanę się z bohaterami po sześciu tomach, oni są dla mnie tak realni. Ale i tak czekam na wydanie ostatniego szóstego tomu, a przede mną jeszcze powtórzenie piątego.

Ocena: świetna[6/6]

Autor: Cassandra Clare
Tom: IV
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 448
Cena: 39 zł
Data przeczytania: 2012-??-??,  2014-02-09
Skąd: własna biblioteczka



Seria Dary Anioła:
Miasto Kości --- Miasto Popiołów --- Miasto Szkła --- Miasto Upadłych Aniołów --- Miasto Zagubionych Dusz --- Miasto Niebiańskiego Ognia



Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

wtorek, 18 lutego 2014

Nawałnica mieczy. Krew i złoto

Nawałnica to gwałtowna, silna, pełna zmian burza połączona z silnym wiatrem, czego można się dowiedzieć z encyklopedii. Ma ona jednak również inne znaczenia. Jednak zawsze opiera się ona na ogromnie, na wielkiej, niewiarygodnej sile. Jeśli więc tytuł powieści G.R.R. Martina opowiada o „Nawałnicy mieczy” to mi przed oczami odraz staje masa ludzi z uniesionymi mieczami gotowymi do ataku. Równocześnie jednak myślę o wielu pojedynczych walkach, o małych pojedynkach, jednak w wielu miejscach. O ile ciekawiej się robi, gdy do tytułu doda się jeszcze „Krew i złoto”, bo taki podtytuł został nadany drugiej księdze „Nawałnicy” przez polskiego wydawcę. Tylko czytać.

„Czasami sztorm bywa tak silny, że człowiek nie ma innego wyboru, tylko zwinąć żagle.” 

Siedem Królestw nadal toczy wojnę, walka o tron nie pozwala na szersze spojrzenie na zagrożenie. A za murem zbiera się do ataku liczna gromada dzikich, którzy uciekają za atakami ze strony Innych. Broniących mur jest niewiele, a pomoc nie nadchodzi, czy Dzicy zdobędą rozrywany przez wojny domowe kraj?
Wewnątrz państwa liczba walczących wciąż się zmniejsza. Z gry odpadł Renly, a kolejni pretendenci do korony chcą jak najszybciej wykończyć konkurencje. Robb poprzez zdradę lorda Freya musi wyruszyć do Bliźniaków i się przed nim ukorzyć, jego wuj, ma zaś pojąc za żonę jedną z wnuczek lorda przeprawy. Zaś w Królewskiej Przystani trwają przygotowania do ślubu Joffrey oraz młodej wdowy po Renlym, Margaery. Ich związek ma zapieczętować sojusz między rodami. Kolejny władca, Stanniss nadal czeka w swoim zamku na wyspach i zbiera siły, wciąż nie ma wystarczających sił, by pokonać przeciwników. Poza granicami wciąż nowe terytoria zdobywa Dany, wyzwala ona spod władzy możnych niewolników i zwraca im wolność. Jej marsz do Siedmiu Królestw jest powolny, ale wciąż porusza się dalej. Czy i tym razem jakiś król pożegna się z szansą na władze? Jak potoczy się walka o tron? Kto wyjdzie z niej zwycięsko?

Tym razem pokusiłam się o choć krótkie streszczenie początkowych wydarzeń, jakie mają miejsce w czasie lektury kolejnego tomu Pieśni Lodu i Ognia. Poprzednie książki, jak do tej pory oceniałam wciąż na najlepsze noty, jednak ten tom jest ponad nimi, zdecydowanie podniósł już i tak niesamowicie wysoki poziom. Do tego obfitował w zaskoczenia, od pierwszej do ostatniej strony wciąż czułam zaskoczenie, zdziwienie. Po prostu tego się nie spodziewałam i mogłabym to powtarzać wielokrotnie. Do tego serial, który oglądałam zanim zaczęłam czytać książki jak na razie ma jedynie trzy sezony, a ta ksiązka w większości opowiada zdarzenia, o których nawet nie miałam pojęcia. Oglądając trailer czwartego sezonu wciąż widziałam momenty, właśnie z tej części. Już się nie mogę doczekać, jak przelane na ekran zostały te niesamowite wydarzenia.

Ale dość o serialu, czas wrócić do książki. Owy tom nie zaskakiwał jedynie pod względem wydarzeń, ale również zmian w postaciach, jakie wciąż mnie spotykały podczas lektury. Zdecydowanie do swojej pełnej krasy wrócił Jon, którego w serialu polubiłam w mniejszym stopniu niż to miało miejsce w pierwszej części książki. Później jednak trafił on na zawirowania i jego postać nie miała tyle werwy, na ile bym liczyła. Dalej mamy Sansę, którą wiem, że większość czytelników nie darzy najlepszymi uczuciami, ja ją jednak w pełnym stopniu rozumiem i rozdziały z jej udziałem czytam z coraz większą ciekawością. Do tego połączenie jej losów z Tyrionem. Nie będę jednak ukrywać, że to jak go traktowała dość mocno na mnie oddziaływało, nie muszę chyba nawet dodawać, że negatywnie. Czas na wspomnienie o Aryi, od początku ta dziewczyna  była jedną z moich ulubionych bohaterek, a to co teraz ma miejsce, co zdarzyło się na końcu powieści, mam nadzieję, że jej postać odegra jeszcze większą rolę, że będzie miała więcej rozdziałów, bo jej charakter i zdarzenia, które może zapoczątkować to wydarzenia muszą być rozwinięte.

Autor rozpoczął tyle ciekawych wątków, że mam ogromna ochotę by już sięgać po kolejny tom. Cała książka, jak wciąż wspominam jest pełna zaskoczeń, ale największym był epilog, który po prostu wciska w fotel, o ile się na nim siedzi. Początkowo wydawał się nudny, do niczego nie prowadzący, jednak to co miało miejsce na samym końcu... Kilka dni przed przeczytaniem wspominała mi o tym zdarzeniu przyjaciółka, ale nie sądziłam, ze to wydarzy się już teraz, ciąg wydarzeń kompletnie na to nie wskazywał. Jeśli czytaliście rozumiecie, czym się tak emocjonuję, a jeśli nie, to sami musicie się przekonać.

 „Jesteśmy marionetkami tańczącymi na sznurkach tych, którzy żyli przed nami, a pewnego dnia nasze dzieci przejmą po nas sznurki i będą tańczyły zamiast nas.”

Podczas pisania opisu skupiłaś się na sprawach istotnych dla królestwa, w moich wrażeniach opisuję bardziej poboczne postacie, bo mimo że odgrywają mniejszą rolę, to nie mogę ich pominąć. Pisząc te słowa, nie mogę pominąć mojej ulubionej postaci, oczywiście mowa o Tyrionie. W tym tomie jego postać przeżywała i wciąż przeżywa niezwykłe zmiany. Jest poddawany próbom charakteru, posądzany o czyny, których nie popełnił, ośmieszany, wyszydzany. I znów muszę wtrącić, trzy grosze o zakończeniu. Ostatni rozdział z jego udziałem był równie zaskakujący, co epilog. Nigdy nie spodziewałabym się po jego postaci, takiej siły i determinacji. To, co zrobił mocno mnie zaskoczyło. A końcowe słowa, epickie. Ciekawe, czy pojawiły się w książeczce z jego sentencjami, trzeba to sprawdzić.

Co mogę powiedzieć o okładce? Nie powiem żebym czuła się nią zafascynowana, ale równocześnie nie wywołuję ona u mnie negatywnych uczuć. Ukazuję scenę, o której mogliśmy przeczytać w tej, bądź w poprzedniej części, nie pamiętam dokładnie. Od razu widzę ten lot strzały, potem kolejny, kolejny... Ta scena jest żywa, jak cała opowieść.

„Każdy czegoś pragnie. A kiedy odkryjesz, czego człowiek pragnie, 
będziesz wiedziała, kim jest i jak nim pokierować.”

Czytanie kolejnej części Pieśni lodu i Ognia było niesamowitym przeżyciem, nie sądziłam, że jakąś powieść może tak dogłębnie zafascynować czytelnika, wciąż czuję ogromny podświadomy przymus, by poznać dalsze losy bohaterów. Najmocniej odczuwam to, kiedy kończę kolejny tom lub piszę kolejną recenzję. Wtedy przypominam sobie, co się działo, jak to przeżywałam i od razu chcę wiedzieć, co dalej. Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

Ocena: świetna+[ponad skalę]

Autor: G.R.R. Martin
Tom: III część II
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 574
Cena: 37,90zł
Data przeczytania: 2014-02-15
Skąd: biblioteka publiczna

Cykl Pieśń Lodu i Ognia: 
Gra o tron  ---  Starcie królów  ---  Nawałnica mieczy: Stal i śnieg  ---  Nawałnica mieczy: Krew i złoto  ---  Uczta dla wron: Cienie śmierci  ---  Uczta dla wron: Sieć spisków  ---  Taniec ze smokami cz.1  ---  Taniec ze smokami cz. 2  ---  The Winds of Winter  --- A dream of Spring



Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

poniedziałek, 17 lutego 2014

Uczeń diabła

Piekielnie dobry chłopiec

Piekło to miejsce, do którego nikt nie chcę trafić. Krążące o nim opowieści już od wieków mocno do tego zniechęcają. Są jednak przypadki, gdzie nic nie da się zrobić, nie wiadomo jak człowiek by się starał, ile by dał. A to był właśnie jeden z nich.

Filip to przykład chłopca idealnego, wzorowego, zawsze odrabia pracę domową, uczy się pilnie, przeprowadza staruszki przez drogę, pomaga w domu, zmywa naczynia, a robi to wszystko bezinteresownie. Nie kłóci się, nie wyzywa, nie przeklina, nie kłamie. Ogólnie mówiąc jego lista grzechów nie jest imponująca. A w miejscu, do którego trafił to złe uczynki odgrywają najważniejszą rolę.
Chłopak prześladowany przez szkolnego łobuza, wpada pod samochód, tak kończy się jego historia, a właściwie zaczyna. Szatan zachorował, wie, że to koniec, jednak postanowił, że wychowa ucznia, a któż byłby do tego bardziej idealny niż noszący imię po dziadku diabła, szkolny prześladowca.  Niestety to nie on trafił pod samochód. Lucyfer ma niełatwe zadanie doprowadzenia do porządku, a może bardziej bałaganu, najbardziej uporządkowanego i dobrego chłopca na jakiego mógł trafić. Czy mu się uda?

„Uczeń diabła” to historia, którą chciałam przeczytać już od dłuższego czasu. Idealny chłopak trafiający do piekła  i  doprowadzający do szału samego Szatana, to musiała być dobra książka. Tak więc sięgnęłam po pierwszą część Wielkiej wojny diabłów z pod pióra Kennetha Andersena, okrzykniętego królem duńskiej fantastyki. Czy słusznie?

„To, co widzą oczy, nie zawsze istnieje naprawdę...”

Pomysł na powieść początkowo wydawał mi się niezwykle oryginalny, umieszczenie młodego chłopca w piekielnym wymiarze nie mogło wypaść słabo. Jednak podczas dalszej lektury wyczuwałam coraz więcej podobieństw do twórczości naszej rodzimej pisarki Katarzyny Bereniki Miszczuk w jej książce „Ja, diablica”. To porównanie nasunęło mi się dzięki lekkiemu stylowi autorów, miejscu akcji i charakterom postaci, a przynajmniej tych pobocznych.

Jednak obie powieści przeznaczone są dla innego typu odbiorców, „Ja, diablica” bardziej dla nastolatek, zaś twórczość Kennetha Andersena dla dzieci i młodzieży w ogóle. Choć sądzę, że w większej mierze właśnie dla tych młodszych odbiorców. A dlaczego? Otóż piekło jest ukazywane jako miejsce okrutne, diabeł niby jest tu tym złym, a jednak nie przeklina(a nawet jeśli już to raczej delikatnie, że tak to ujmę), , do tego próby przez niego wymyślane dla nowego ucznia są raczej postępkami, które mogłyby robić sobie nawzajem dzieci, jak podłożenie pinezki, czy zachęcanie do bójki. Nie ukazują poważniejszych uczynków, a jeśli już to w udelikatnionym stanie.

Za duży plus powieści uznałam humor, choć nie jest on może wyczuwalny w mocnym stopniu, cała historia opiera się na przeciwieństwach, diabeł ten zły, a jednocześnie niegroźny, piekło to miejsce dla najgorszych, nie ma w nim żadnej dobroci, a i tu znajdzie się cała rzesza wyjątków. Tak więc za tło powieści można uznać zawsze obecny, lecz niekiedy mniej wyczuwalny humor.

Na drugim planie występują również uczucia. Główny bohater poznaje przyjaciółkę Satinę, zbliżają się do siebie, później oddalają. W głównej mierze to dzięki niej zostają napędzane wydarzenia, akcja nabiera rumieńców, co dobrze zrozumiecie dopiero po przeczytaniu tej historii. Skoro uczucia to musi być też ich druga strona, ta bardziej negatywna, która ujawniła się nawet u tak wspaniałego chłopca jakim jest Filip. Zazdrość, gniew to emocje, które towarzyszyły mu podczas spotkań z Azielem, z chłopakiem, z którym już od początku pobytu nie nawiązał nici porozumienia. Te dwie postacie stają się najmocniejszymi aktywatorami przemian, jakie zachodzą w głównych bohaterze, a jest ich nie mało.

„śmierć obfituje w niespodzianki...”

Jak się pewnie domyślacie piekło zmienia ludzi, nie ma co ukrywać, można się też domyślić, że raczej wpływa na ludzi gorzej niż lepiej, ale czy miejsce to poradzi sobie również z Filipem. On również uległ przemianie, a właściwie nie jednej, a wielu stopniowym przemianom. Raz całkowicie dobry, raz całkowicie zły, jego charakter zmieniał się jak podczas gry w ruletkę. Ale ubarwiało to trochę te opowieść, przecież bez urozmaicania byłoby nudno.

Czas na krótkie wspomnienie o okładce opisywanej książki. Sama oprawa graficzna „Ucznia diabła” zapowiadała zabawną opowieść. Chłopak z koszulką z napisem „King of Hell”, a za nim diabeł, jednocześnie przynoszący na myśl wyobrażenia, jakie wiążą się z tą postacią, ale równocześnie wnoszący pewne elementy komiczne. A może przynajmniej ja je tak odczuwał. Pomysł jest dla mnie naprawdę trafiony, okładka zachęca do lektury, a taki jest jej zamysł.

Podsumowując czytanie powieści mogę powiedzieć, że bawiłam się nieźle. Styl autora był lekki, zabawny i łatwy w odbiorze. Postaci polubiłam, a cały pomysł, mimo nawiązań do innej książki fantastycznej, również zapowiadał ciekawą kontynuację cyklu. Z mojej strony mogę jeszcze dodać, że na pewno będę chciała przeczytać kolejny tom, mam nadzieję, że co najmniej utrzyma on poziom tego.

Ocena: dobra+[4+/6]

Autor: Kenneth Andersen
Tom:I
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 
Cena: 35zł
Data przeczytania: 2014-02-16
Skąd: biblioteka publiczna

Wielka wojna diabłów:
Uczeń diabła  ---  Kostka śmierci  ---  Śmierć w pigułce  ---  Zły anioł


Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

niedziela, 16 lutego 2014

PLL. Zepsute

Większość rzeczy po zepsuciu zostaje wyrzucona, gdyż nie ma wartości, szpeci otoczenie, obrzydza je, zepsute nie kojarzy się z pięknem, nie kojarzy się z niczym przyjemnym. A jak jest z zepsutymi ludźmi? 

[Tak na marginesie, czy komuś też przypomniała się scena z "Charlie i fabryki czekolady", ta z wiewiórkami?] 

Dziewczyny sądzą, że A. oraz zabójca Alison zostali już schwytani, że naprawdę są bezpieczne. Osoba wypisująca i robiąca im obrzydliwe rzeczy zginęła, nie ma jej. Do tego Spencer przypomniała sobie okoliczności pamiętnej nocy sprzed lat i wskazała sprawcę morderstwa. Teraz siedzi on za kratkami i czeka na wyrok, a mimo to postać ta wybiera się wszystkiego. Jednak wszystkie okoliczności i poszlaki wskazują właśnie na tą postać. Dlaczego więc Aria, Spencer, Emily i Hanna nie czują się w pełni bezpieczne? Przecież to już koniec ich gry, prawda?

Po przeczytaniu czwartej części Pretty Littre Liars nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po kolejnym tomie. Przecież sprawa została już rozwiązana, a przynajmniej tak mi się zdawało. Jednak te kolejne kilkanaście tomów... Coś tu nie grało. Tak więc sięgnęłam po piątą część cyklu Sary Shepard „Zepsute”. Dlaczego to zrobiłam? Po prostu z czystej ciekawości, co będzie dalej z kochanymi Kłamczuchami. ;)

Podczas recenzowania poprzednich książek wspominałam, że bohaterki cyklu nie są ucieleśnieniem idealnych bohaterek, często irytują, denerwują, wręcz wkurzają czytelnika. Ale czyta się o nich dalej. Robię to w głównej mierze dlatego, że ich historia wciąga. Powstało wiele opowieści o bogatych dziewczynach, których jedynym problemem jest nowy chłopak, strój, makijaż, sława, itp. Jednak tu punktem zmiennym jest postać A. Charakter ten urozmaica całą opowieść, a przez to co robi z dziewczynami, nawet ich najgorsze zagrywki, by ukryć sekrety jakoś da się zrozumieć, a bohaterkom niekiedy aż chcę się współczuć.

W tej części na pierwszy plan wychodzi sprawa Iana, jest podejrzany o zabójstwo, jednak szczerze się tego wypiera, mimo, że siedzi za kratkami, dziewczyny podejrzewają, że to on podaje się za A., że teraz on wysyła im smsy. Co do jego winny miałam wątpliwości, z jednej strony to do niego pasowało, a z drugiej. W sumie zaczynałam go dopiero poznawać, tak naprawdę, a nie z odczuć dziewczyn, które patrząc na ludzi rzadko są obiektywne.

Nie wiem, czy zakończenie tego tomu było dla mnie większym zakończeniem, czy może poprzedniego, ale oba były imponujące. Jakiś czas temu miałam okazję oglądać serial, pod koniec pierwszego sezonu miało miejsce bardzo podobne zdarzenie, ale patrząc na przebieg zdarzeń nie mogłam tych historii połączyć. Końcówka była ciekawa, krąg osób podejrzanych z każdą chwilą się zmniejsza, ale wciąż jestem niezmiernie daleko rozwiązania, co jest bardzo frustrujące. Tym bardziej, ze przede mną jeszcze tyle tomów...

Na zakończenie chciałam napisać kilka słów o okładce książki. Prostotą i minimalizmem doskonale wpasowuje się w klimat poprzednich części, jednak w mniejszym stopniu do mnie przemawia. Sama w sobie jest ładna, ale nie ma tego czegoś, co trudno uchwycić słowami.

Podsumowując moje zmagania z piątym tomem cyklu muszę powiedzieć, że jest troszkę słabiej niż w przypadku poprzednich części. Może ma to związek z tym, że A. zostało wykryte, ale jeśli powróciło liczyłam na więcej zdarzeń, akcji i niespodzianek. Mam nadzieję, że dalej będzie lepiej. 

Ocena: dobra[4/6]

Autor: Sara Shepard
Tom: V
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 320
Cena: 29,90zł 
Data przeczytania: 2014-01-28
Skąd:  własna biblioteczka

Seria Pretty Little Liars:
Kłamczuchy --- Bez skazy --- Doskonałe --- Niewiarygodne --- Zepsute --- Zabójcze --- Bez serca --- Pożądane --- Uwikłane --- Bezlitosne --- Olśniewające

Wyzwania, w których bierze udział ta książka:

sobota, 15 lutego 2014

Chwila dla widza - film "Królowie lata"

Szkolna Akademia Filmowa nazwą może nie kojarzyć się najbardziej ciekawie, jednak dzięki niej mam okazję oglądać wiele świetnych i różnorodnych filmów. Pierwszym z obejrzanych była „Iluzja”, później małe potknięcie w postaci „Samsary”(nie moje klimaty), następnie „Światła wielkiego miasta”(sama z siebie raczej nie sięgnęłabym po tak stary film), a teraz przyszedł czas na „Królów lata”. Bardzo ucieszyłam się, że idę jednak na ten film, bo dowiedziałam się o tym dopiero po dostaniu biletów. W planach była polska „Obława”, do której nie byłam nastawiona szczególnie pozytywnie. Po długiej przerwie świątecznej miałam dużo większą ochotę na film lekki i przyjemny, jak właśnie „Królowie lata”.

Trzech nastolatków nie chcę dłużej żyć tak jak żyją. Jeden z nich ma nadopiekuńczych rodziców, drugi ojca, z którym cały czas się kłóci, a trzeci, cóż tu jest inna kwestia. Jednak wszyscy chcą się usamodzielnić, wziąć sprawy we własne ręce. Dlatego uciekają z domu. Jednak nie wędrują bez celu, a zaszywają się w lesie, gdzie budują dom, na własnych zasadach, bez rodzin, obowiązków i nieprzyjemności. Czy to dobre rozwiązanie?

Główną myślą filmu było zabawne podejście do tematu buntu. Trzech nastolatków chciało pokazać światu, na co ich stać. Rodzice nie rozumieją ich tak, jak oni na to liczą. Sami chcą być już dorośli i do tego dążą. W lesie to oni są własnymi panami, to oni decydują o wszystkim, są samowystarczalni.

Film był świetną komedią, zabawny, choć niekiedy zmuszający do refleksji, bo zdarzenia, z którymi stykali się bohaterowie zdarzają się w każdym domu i dotyczą większości z nas. Jednak tu to właśnie humor wybijał się na pierwszy plan.  Każda scena aż kipiała od humoru, podczas oglądania filmu nie było chyba osoby, która by się nie zaśmiała.


Dużo w tej kwestii przysłużyli się bohaterowie, a w szczególności Biaggio. Chłopak był niesamowity, całkowicie oderwany od rzeczywistości, jakby z innej planety. Gdy tylko się pojawiał miałam uśmiech na ustach, bo przy nim nie można inaczej. Bez niego ten film nie byłby taki sam, choć właściwie nie był wcale uosobieniem myśli przewodniej, czyli buntu.

Obraz ten ukazywali dwaj inni bohaterowie. Momentami również zabawni, ale zdecydowanie powyższej osoby nie przebiją. Moim zdaniem chłopaki dobrze przedstawili charakter postaci. Chcieli dla siebie czegoś innego, jakiejś nowości, ale do końca nie wiedzieli czego. Ukazać im to mogła jedynie zmiana otoczenia, spojrzenia na świat. Budowa domku w lesie była czymś niezwykłym, sama ucieczka z domu mogłaby być oklepana, ale takie rozwiązanie sprawiło, że chciałam oglądać dalej i dowiedzieć się, jaką przemianę przeżyją.


Podsumowując film oglądało się przyjemnie, doskonała odskocznia od codzienności. Film doskonale trafił w mój obecny czas i pozwolił doskonale spędzić czas. Wiele humoru naprawdę mnie ożywiło, co było mi potrzebne po długiej przerwie jaką miałam o świętach. Myślę, że jeszcze do niego wrócę. Może nie miał zbyt rozbudowanej fabuły, ale cała radość z oglądania wypływała z zabawnych scen i nietuzinkowych postaci, które będę pamiętać naprawdę długo.

Ocena: bardzo dobra

Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
Scenariusz: Chris Galletta
Część: -
Produkcja: USA
Czas trwania: 2h 26 min
Data premiery: 19 stycznia 2013 (świat) 30 sierpnia 2013 (Polska)
Data obejrzenia: 2014-01-14
Bohaterowie: 
Nick Robinson-Joe Toy
Gabriel Basso-Patrick Keenan
Moises Arias-Biaggio
Nick Offerman-Frank Toy
Mary Lynn Rajskub-Kapitan Davis
Erin Moriarty-Kelly

Trailer:

________________________________

PS.Chciałam Was wszystkich przeprosić za tak długą nieobecność. Przed  feriami działo się sporo, po pierwsze najwięcej czasu zajmowała mi szkoła, po drugi urodziny, w tym samym czasie mam też imieniny taty, więc zjeżdża się prawie cała rodzina. Z czytaniem było naprawdę kiepsko, przez te pół miesiąca przeczytałam jedynie "Miasto upadłych aniołów" i "Nawałnicę mieczy. Krew i złoto", których recenzje ukażą się za jakiś czas, jak tylko je napiszę. Mam nadzieję, że po powrocie do szkoły będę lepiej zorganizowana i nie zdarzą mi się takie wpadki, a na razie mogę jedynie jeszcze raz przeprosić i zaprosić do lektury recenzji tego filmu, którą miałam dodać już dawno, dawno temu. 

Pozdrawiam, 
P.

wtorek, 4 lutego 2014

Zaginione opowieści

„Zwykły łucznik ćwiczy, by dobrze mu to wychodziło.
Zwiadowca ćwiczy, by nigdy nie wyszło mu to źle.”

Jeszcze nie tak dawno rozpoczynałam moją przygodę z Korpusem Zwiadowców, dziś ta historia się przede mną zamyka. „Zaginione historie” są zbiorem opowiadań, które mają nam, czytelnikom, wyjaśnić pewne kwestie, zagadki, które nie zostały rozwiązane w cyklu książek. Powiem Wam, że serię uwielbiam, zawsze czytanie jej sprawia mi przyjemność, dlatego długo nie zwlekałam z zabraniem się za ostatnią(?) i zarazem jedenastą księgę „Zwiadowców”.

Książka składa się z 9 opowieści, prologu i epilogu. John Flanagan według mnie popełnił jeden okropny błąd pisząc tę książkę. A było nim rozpoczęcie i zakończenie. Przenieśliśmy się w nich w czasy bardzo nam bliskie, koniec XIX wieku, co według mnie było zbrodnią. Autor poszedł w tej części w komercję, zareklamował swoją nową serię „Drużyna”, czytając epilog nie wierzyłam własnym oczom. Nie wiem, czy to był pomysł pisarza, ale bardzo mi się nie spodobał... To był główny minus, który wpłynął na ocenę końcową dzieła.

Opowiem teraz pokrótce o opowiadaniach zawartych w książce. Pierwsze nosi tytuł „Śmierć bohatera”, podobało mi się. Halt ukazał w nim historię śmierci rodziców Willa. Według mnie było to ciekawe, mogliśmy poznać też odrobinę historii Araluenu, gdyż był to okres walki z Morgarath’em. Dobry pomysł na rozpoczęcie,

Druga opowieść pt. „Kałamarz i sztylet” opowiada, co działo się z Gilanem, gdy Halt  wyruszył szukać Willa do Galii. W opowieści tej możemy doszukać się wątku kryminalnego, bo jak pewnie pamiętacie Halt przed wypędzeniem z kraju poszukiwał pewnego, niebezpiecznego złodzieja. Jego zadanie miał dokończyć były uczeń.Opowiadanie było dobre, może nie porywające, ale miło mi się czytało o losach Gilana, którego w innych książkach niestety mało. Zagadkowy tytuł został wytłumaczony dopiero pod koniec historii.

Kolejne opowiadanie „Wędrowcy”, nie podobało mi się zbytnio. Po misji Halt razem z Willem wracali do chatki, Allyss wyszła im na spotkanie i oznajmiła, że zginęła Ebony, suczka Willa. Podejrzanymi zostali tajemniczy i skryci Wędrowcy(odpowiednich dawnych Cyganów). Opowiadanie nie było złe, jednak czegoś mi w nim brakowało. Może to przez trochę naciągane wprowadzenie w porwanie...

Następnie według mnie najlepsze opowiadanie „Napuszona mowa”, podczas czytania długo ni mogłam przestać się śmiać, początek był przekomiczny, potem było trochę akcji, ale zakończenie kolejne wybuchy śmiechu, autor miał doskonały pomysł. Najlepsze komentarze Halta :D

„Kolacja dla pięciorga” była ciekawym opowiadaniem, długo podczas czytania zastanawiałam się, czy coś łączy Jenny i Gilana, teraz mam odpowiedź, a do tego ciekawy bonus. Na reszcie mogłam trochę więcej o tej parze przeczytać.

Taniec weselny przyjemna, ciekawa historia, w której znów mogliśmy zobaczyć większość naszych dawnych znajomych, casarza Nihon-Ja, skirja Eraka, Selethena i wiele innych postaci, uwielbiam, gdy wszyscy razem się spotykają. Tu podobnie jak w jednym z poprzednich opowieści jest też wątek kryminalny, dość niebezpieczny, jak się później okazało.

„Hibernijczyk” to chyba jedna z lepszych historii, dzięki niej poznałam lepiej los Halta i Clowley’a, ich przyjaźni. Bardzo podobało mi się to opowiadanie, do tego utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że autor utrzymuję bohaterów bez zmian, Halt cały czas zachowywał się tak jak się zachowuję, w młodości był równie „wesoły” i uszczypliwy, ale za to go lubię.

Przedostatnie opowiadanie „Wilk” było dla mnie najgorsze, najokropniejsze i najbardziej dziwne. Jak autor mógł to zrobić Wyrwijowi, a potem takie tłumaczenie, straszne, straszne, straszne. Jeśli macie słabe nerwy, kochacie kucyki Zwiadowców, to nie czytajcie lepiej, ja wolałabym się dalej oszukiwać...

Ostatnia, krótka historia niech pozostanie dla Was w całości tajemnicą, dla mnie było i bardzo się z tego cieszę. Zaskoczenie było spore, nie podejrzewałam, że to nastąpi.

Ogólnie spodobał mi się pomysł odpowiedzi na pytania czytelników, cieszę się, że autor u nas dba i chcę pomóc nam jeszcze lepiej zrozumieć stworzony świat. Seria jest odpowiednia dla ludzi w każdym wieku, trafi i do chłopców, i do dziewczynek. Ja miałam wiele radości z czytanie cyklu, będę go miło wspominać.

Uważam, że „Zaginione historie” trzymają poziom serii, jedynie opowieść jedna wpłynęła na mnie negatywnie, reszta była interesująca, przyjemna. Klimat książki odpowiadał innym dziełom autora.
Ciekawi mnie, czy to już naprawdę koniec historii Zwiadowców, czy już nic się nie dowiemy. Chciałabym dalej poznawać losy bohaterów, ale nie wiem, czy będzie mi to dane. Pozostaje zabrać się za serię Drużyna, która od dłuższego czasu mam na oku. Jeśli jesteś fanem „Zwiadowców” powinien przeczytać również tę książkę.

Ocena:  4+[skala 6]

Autor: John Flanagan
Tom: XI
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 512
Cena: 40,90zł
Data przeczytania: 2013-03-30
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Zwiadowcy:

Recenzja z zeszłego roku.