poniedziałek, 30 września 2013

Podsumowanie września

Cześć,

jak zawsze ostatniego dnia miesiąca chciałabym pokazać Wam moje małe podsumowanie.


Dziękuję Wam serdecznie za każde odwiedziny i pozostawiony na moim blogu komentarz, każdy taki odzew 
na moje opinie jest dla mnie bardzo miły i mnie cieszy. Jeszcze raz dziękuję. 


Liczba moich obserwatorów: 126 (wzrosła o 18)
Liczba wyświetleń bloga: 15337 (wzrosła o 2185)
Najczęściej odwiedzany post: Stosik #13 (74 odsłony)
Liczba dodanych postów: 13 (łącznie z tym)
Liczba przeczytanych stron: 3632
Liczba stron dziennie: 121
Liczba książek przeczytanych po raz pierwszy: 
Liczba książek powtórzonych: -

Lista książek przeczytanych we wrześniu:

1. "Próby ognia" James Dashner [zrecenzowane]
2. "Karty na stół" Agata Christie [niezrecenzowane]
3. "Cyrk nocy" Erin Morgenstern [zrecenzowane]
4. "Córka dymu i kości" Laini Taylor [zrecenzowane]
5. "Wiedźma: Naczelna" Olga Gromyko [zrecenzowane]
6. "Zbuntowana" Veronica Roth [zrecenzowane]
7. "Córka krwawych" (trylogia Czarnych Kamieni) Anne Bishop [w trakcie pisania]
8. "Król Edyp" Sofokles [niezrecenzowane]
9. "Intruz" Meyer [zrecenzowane]

+ "Wojna Trojańska" Jan Parandowski(46) [niezrecenzowane]

+ "Doubt" (4 tomiki mangi) [zrecenzowane]

Lista książek powtórzonych(przeczytanych kolejny raz):

1.  "Wyspa masek" (Ulysses Moore) Pierdomenico Baccalario [zrecenzowany]


Najlepsza książka miesiąca: 
"Próby ognia", "Cyrk nocy", "Intruz"
Najgorsza książka miesiąca: "Król Edyp"
Największe pozytywne zaskoczenie: "Intruz", "Córka krwawych"
Największe rozczarowanie: -
Liczyłam na więcej:  "Córka dymu i kości"



Filmy i seriale obejrzane w tym miesiącu:
1."Thor" [zrecenzowane]
2.  Dwa odcinki "Jak poznałem Waszą matkę"

3. Kilka odcinków "Przygód Merlina"
4. Kilka odcinków "House'a"

Jak widzicie wszystkie statystyki diametralnie się obniżyły w tym miesiącu. Niestety rzadziej też dodaje posty, komentuję Wasze odwiedziny i odwiedzam inne blogi. Jest to spowodowane ciężkim początkiem roku, wybrałam dość trudny profil, jedną z najlepszych szkół w moim mieście  więc nie jest łatwo. Wciągam się powoli, poznaje nauczycieli, ale to nie zmienia faktu, że nauki jest sporo i nie mam na nic więcej zbyt wiele czasu. Mam nadzieję, że powoli się wszystko unormuję. ;)

A jak Wam minął wrzesień? 


Pozdrawiam, 
Patrycja

sobota, 28 września 2013

Intruz

Wykorzystac swój czas...

„Nigdy nie wiesz, ile czasu ci zostało.”

Niektórzy autorzy są znani z jednej serii lub jednej książki. Czasem mogą to być naprawdę dobre serie, dzięki którym pisarz będzie wspominany długi czas, niekiedy są to nie wybijające się powieści, które trafią jedynie do niewielkiej rzeszy odbiorców, ale czasem trafiają się takie powieści, które wywołują mieszane uczucia, niektórzy nimi gardzą, inni kochają. Takie książki się pamięta. Niekiedy przypinają one jakąś łatkę autorowi, czasem trudno nawet po napisaniu kolejnego tomu „odkleić ten rzep”.

Tak właśnie jest ze Stephenie Meyer. Autorka znana z serii Zmierzch, w której zakochały się miliony nastolatek. Książki spotkały się nie tylko z dobrym przyjęciem, ale również z krytyką. Nie będę ukrywać, że przeczytałam Zmierzch, zrobiłam to jednak dopiero po drugim filmie. Seria nie wywołała u mnie, ani negatywnych, ani pozytywnych uczuć, może to przez czas, w jaki po nią sięgnęłam. Jednak tym razem nie o tym chciałam pisać, w sumie to wciąż jestem w szoku, rozmyślam, zastanawiam się. Zastanawiacie się nad czym? Po co ten długi wstęp, dlaczego wspomniałam o „Zmierzchu”? Zaraz wszystko Wam wyjaśnię. 

„Nie chcemy zmieniać światów, tylko je przeżywać.”

Początkowo trudno się przyzwyczaić, ale to szybko mija. Nowa ja, nowe życie. I wspomnienia, one nadlatują z najmniej oczekiwanych stron, to nie moje wspomnienia, jednak muszę je poznać, muszę się wszystkiego dowiedzieć. Nagle ściana, nie mogę jej przebić. Nigdy mi się to nie zdarzało, tak nie powinno być. Ale wiem, że dam radę, w końcu jestem Wagabunda, a to jest moje dziewiąte życie, mój dziewiąty żywiciel.
Świat się zmienił, diametralnie, Ziemia nie jest miejscem jedynie dla ludzi, tak naprawdę zostało ich mało. Ich ciała przejmuję Dusze, przybysze z innej planety. Zdobywają oni pełną kontrolę, kierują ciałem, podejmują decyzję, człowiek nie ma na to wpływu, pozostaje mu ucieczka, ale nie zawsze... Czasem złapany żywiciel jest silny i nie daję się tak łatwo okiełznać, potrafi wpływać na Dusze, na pasożyta mieszkającego w jego ciele. Może zagradzać ważne informacje umysłową barierą i powoli podsyłać obrazy tego, co chcę osiągnąć, co jest dla niego ważne. Tak właśnie dzieje się z Wagabundą, powoli zaczyna pożądać tego, czego pożąda również jej ciało...

Cały wcześniejszy wstęp miał Was naprowadzić na powieść „Intruz”, właśnie Stephenie Meyer. Znana autorka zabrała się zapisanie nowej serii, a właściwie już nie takiej nowej, gdyż ja sięgnęłam po nią dość późno. Nawet po wypożyczeniu z biblioteki miałam pewne obawy, jak mi się ona spodoba, czy będzie tak samo jak ze „Zmierzchem”? Jak widzicie miałam pewne obawy, a jednak sięgnęłam. Na pewno popchnęły mnie do tego bardzo  przychylne recenzje, ale czy książka spodobała się również mi?

Od razu muszę Wam napisać, że tak! I to nawet bardzo, wciąż jestem pod jej niesamowitym wpływem. Historia od pierwszej strony wydawała mi się oryginalna, ciekawa i pociągająco. Czym przerzucałam kolejne strony tym było ciekawiej. Może nie znalazłam w książce wiele akcji, ale cała fabuła, pomysł, kreatywność i nietuzinkowość to wszystko niwelowały. Opowieść toczyła się już od pierwszej strony, co pod tym rozumiem, ona cały czas szła naprzód. Nawet wtedy gdy nic ogromnie ciekawego się nie działo, nie mogłam się oderwać. Można powiedzieć, że nie czytałam, a wręcz pochłaniałam strony, a z takim formatem nie jest łatwo.

Przejdę teraz do postaci. Każda z nich nadawała powieści klimatu. Podział na Dusze i ludzi był doskonale widoczny, autorka przedstawiła nam świat z innej perspektywy. Historia ukazywała ludzkie wady, nasze niedoskonałości, jednak uwypuklała też to, co w nas najlepsze. Ukazywała obraz z kilku wizji, z wielu stron. To jak Ziemię postrzegają Dusze znacząco różniło się od tego, jak patrzyli na nią udzie, jej stali mieszkańcy, którym została ona odebrana. Ludzie byli ukazywani jako silne, waleczne, niekiedy groźne, zaborcze i porywcze charaktery, dusze natomiast były bez skazy, wręcz nienaturalnie dobre. Trudno było je połączyć z zasiedleniem ta ogromnej planety, jednak ta się stało.

„-Ciekawe imię (...) Może kiedyś mi opowieść skąd się wzięło. To musi być nie lada historia. Ale, ale, jest trochę długaśne – Wagabunda. Nie sądzisz? (...) Co byś powiedziała gdybym mówił na ciebie Wanda? Tak będzie wygodniej”
[Kocham wujka Jeba i jego prześmieszne zachowania ;)]

Wagabunda – Dusza zajmująca ciało Melanie, narratorka. Początkowo nie wiedziałam, co myśleć, na temat jej narracji, przecież to potwór, przecież ona ma inne pojęcie dobra i zła, przecież jest wrogiem. Myślałam, że tak ja będę odbierać, że te obrazy będą mi zasłaniać, to jaka jest naprawdę, o ile odbiega od tego schematu. Jednak to wszystko w trakcie czytania przestało istnieć, a pozostała już jedynie zagubiona między dwoma światami dziewczyna, która nie wie, co czuję, gdzie się powinna znaleźć i na kogo pomoc liczyć. Bohaterka niezwykle ciekawa, odbiegająca od definicji, oryginalna i niespotykana. Jest jedna z niewielu kobiecych postaci, które polubiłam, które naprawdę cenię. Ma coś w sobie.

Melanie traktuję jako postać drugoplanową, nie była obecna ciągle, jednak jej postać była naprawdę znacząca w całej historii, bez niej nie zdarzyło by się nic. Ona była motorem wydarzeń, ona je powodowała, to ona poruszała pierwszą kostkę domina. Niekiedy mnie drażniła, była całkowicie inna od Wagabundy, często nie zachowywała się racjonalnie, a właściwie to chciała postępować w ten sposób, bo nic nie mogłam robić. Czasem, a właściwie cały czas jej współczułam, być zamkniętym we własnym ciele, nie móc mieć wpływu na to, co się z nim dzieje. To musi być okropne i działające depresyjnie.

„Przez wszystkie te tysiąclecia ludziom nie udało się rozgryźć zagadki, jaką jest miłość. Na ile jest sprawą ciała, a na ile umysłu? Ile w niej przypadku, a ile przeznaczenia? Dlaczego związki doskonałe się rozpadają, a te pozornie niemożliwe trwają w najlepsze? Ludzie nie znaleźli odpowiedzi na te pytania i ja też ich nie znam. Miłość po prostu jest, albo jej nie ma.”

Związki, które zafundowała nam autorka nie były przesadzone, no może odrobinę, ale jeden. Jared początkowo przedstawiał idealny obraz, ale moje spojrzenie na niego szybko uległo zmianie i już nie mogłam go zmienić, nie rozumiałam uczuć bohaterek względem tego mężczyzny. On się zmienił. Niestety ja jako czytelniczka oceniłam te zmianę na gorsze, był jedną z mocniej wykreowanych postaci, jednak nie wzbudził mojej sympatii.  Ian natomiast początkowo w tyle szybko wkradał się w moje serce, naprawdę go polubiłam, początkowo okropnie go żałowałam, myślałam, że nie ma szans, że może odpaść na stracie... Relacje bohaterów, a przynajmniej ta druga wydawały mi się naturalne, żywe, ludzkie. Świetnie opisane.

„- To dziwny świat – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niego.
- Jak żaden inny – przytaknął.”

Okładka książki jest kosmiczna, tak kojarzy mi się z jakoś pozaziemską formą życia, choć akurat tutaj przybysze wyglądali zdecydowanie inaczej. Chyba mimo tych wszystkich pozytywnych opisów olałabym ich nie widzieć na pierwszej stronie książki. Rzadko widuję nie przesadzone okładki, a ta właśnie taka jest, to duży plus.

Podsumowując książka wywołała u mnie wiele pozytywnych emocji, czytając ją czułam pewien dreszczyk, chęć dowiedzenie się, co dalej. Wciąż pozostał we mnie ten niedosyt, wciąż chcę więcej. Mam nadzieję, że będzie mi dane poznać dalsze losy bohaterów te niesamowitej historii. Wzruszenie, śmiech, żal – nie wierzę, że to już koniec.   

Ocena: świetna [6/6] 

Autor: Stephenie Meyer
Tom: I
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 560
Cena: 39,90 zł
Data przeczytania: 2013-09-28
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Intruz:
Intruz --- The Seeker? --- The Soul?

Książka przeczytana do wyzwania:

środa, 25 września 2013

Wyspa masek

Wenecka zguba

Jak Wam już pewnie wiadomo podróże w czasie są jednym z tematów, o których bardzo lubię czytać. Ten niesamowity klimat, czar i poznawanie różnych epok niezwykle mnie ciekawi. Przyjemność czytania o wędrówce międzyczasowej podniosłam do tego tym, że czytałam serię, którą już uwielbiam, która była chyba jedną z moich pierwszych książek fantastycznych, a mianowicie seria Ulysses Moore.

„Ja, Jason Covent razem z siotrą Julią i przyjacielem Rickiem Bannerem, biorę w posiadanie Metis. Czas ponownie wypłynąć na morze. Czas ponownie wyruszyć w podróż.”

W czwartym tomie przygód trójki przyjaciół przeniosłam się do nowożytnej Wenecji. Razem z Jasonem, Rickiem i Julią szukałam w tym tajemniczym mieście gondolierów starego zegarmistrza, starego przyjaciela Ulyssesa. Pomocą w trudnych poszukiwaniach mają być krótkie słowa, jakie pozostawił konstruktor. Szlakiem Petera Dedalusa nie podążają jednak jedynie dzieciaki, a również Obliwia, która ponownie chcę wykorzystać podatnego na jej uroki człowieka. Kto dotrze do zegarmistrza pierwszy, kto go odnajdzie? Tego dowiecie się czytając kolejny tom przygód, czyli „Wyspę masek” P. Baccalario.

Ogromnie się cieszę, że na reszcie sięgnęłam po ten tom, poprzedni przeczytałam już jakiś czas temu, a tego jakoś nie mogłam powtórzyć. Powoli zbliżam się do tomu ósmego, czyi tego, którego jeszcze nie czytałam. Nie pamiętam, ile lat temu czytałam ten tom, ale wydarzenia, które teraz czytałam kompletnie mi się zatarły. Wspominałam je dopiero wtedy, gdy już je przeczytałam. Wtedy doznawałam olśnienia i „a no tak, to tak było”. W sumie nie było to takie złe, bo mogłam ponownie świetnie się bawić czytając tę książkę.

„Maski ukrywają jedynie rysy twarzy. 
Potrzeba o wiele więcej zręczności, żeby ukryć zamiary serca.”
           
Bohaterowie główni, czyli trójka młodych podróżników znów wypadłą niezwykle dobrze, uważam, że są doskonale wykreowani, bystrzy, ale nie ponad wiek, nic w nich nie jest nienaturalne. Zachowują się jak normalne dzieciaki rządne przygód, myślę, że każdy na ich miejscu zachowywałby się podobnie lub jak myślę, nawet sprawdził gorzej. A może tak ich postrzegam przez mój sentyment, nie wiem, ale wydają mi się normalni, tacy bliscy sercu. Jak przyjaciele z dawnych lat.

Ten tom pod względem fabuły spodobał mi się nieco mniej niż poprzednie. Wydarzenia trochę się ciągnęły, nie nudziły, ale jakby były przedłużane. Akcji nie było zbyt wiele, ale czuję i o ile dobrze pamiętam, to w tomie piątym będzie dziać się więcej, już nie mogę się doczekać szóstego, tam to się dzieje... Ale nie wybiegajmy ponad stawkę. Jeszcze raz powiem, trochę mniej się działo. Wenecja była takim spokojnym miejscem, wydarzenia tu jakby zwolniły. Dopiero pod koniec wszystko zaczęło się rozkręcać, tak w moim odczuciu. Mimo wszystko, jak zwykle dobrze się bawiłam.

Język autora dotrze do każdego, można powiedzieć, ze jest on trochę ugrzeczniony, ale mnie to nie przeszkadza. Moim zdaniem to książka idealna dla dzieci, tu nawet zły bohater pije w barze sok jabłkowy, nie zbyt wiele przemocy, agresji, jest za to niesamowita przygoda i wiele zagadek do rozwiązania.

Oprawa graficzna po raz kolejny mi się podoba, wypożyczyłam jednak książkę bez obwoluty. Widzę jedynie okładkę starego zeszyty, świetnie wygląda, taki wenecki styl, piękny dziennik. W środku znajdziemy podział na dwie części, tą współczesną i tą wenecką. Grafika kart, kiedy wydarzenia działy się w naszym świecie mniej mi się podobała, była taka surowa, druga część zaś była bajeczna, fantazyjna, uwielbiam takie pozorowanie kartek na stare. Naprawdę świetne.

Podsumowując nadal jestem oczarowana historią podróżników w czasie, każda strona to powrót do przeszłości, cieszę się, że zdecydowałam się na jej powtórzenie. Jedynym minusem, jaki napotkałam podczas czytania było spowolnienie akcji, reszta oczywiście przypadła mi do gustu. Już lecę do biblioteki po kolejny tom.  

Ocena: bardzo dobra

Autor: Pierdomenico Baccalario
Tom: IV
Wydawnictwo: Wydawnictwo Olesiejuk
Ilość stron: 288
Cena: 19,90 zł
Data przeczytania: pierwszy raz dawno, 2013-09-22
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Ulysses Moore:
Wrota Czasu --- Antykwariat ze starymi mapami --- Dom Luster --- Wyspa masek --- Kamienni strażnicy --- Pierwszy klucz --- Ukryte miasto --- Mistrz piorunów --- Labirynt cienia --- Lodowa Kraina --- Ogród popiołu --- Klub podróżników w wyobraźni

Książka przeczytana do wyzwania:

niedziela, 22 września 2013

Chwila dla widza - film "Thor"

Ostatnio mam naprawdę mało czasu, nie oglądam seriali, filmów, brakuję mi czasu na pisanie recenzji, a jeśli zabiorę się z Anie to na czytanie. Mimo wszystko obiecałam sobie, że choć dwa razy w miesiącu będę dodawać moje opinie o obejrzanych serialach lub filmach, więc czas na pisanie. Piątek był dość luźnym dniem, zawsze wtedy daje sobie trochę wytchnienia od szkoły, nie ruszam żadnych książek przedmiotowych, a jedynie zajmuję się przyjemnościami, najczęściej czytaniem książek, lub jak w tym przypadku oglądaniem filmów. Tym razem skorzystałam z okazji i obejrzałam „Thora”, o czym już od dawna myślałam. Silnym motywem przemawiającym za tym było jego emitowanie w telewizji, więc to zrobiłam. Koniec pisania bez sensu, czas na konkrety.

Wszystko rozpoczyna się retrospekcją, w której ukazana zostaje nam bitwa między bogami nordyckimi, a lodowymi olbrzymami. Odyn najważniejszy z bogów, niszczy nieprzyjaciół i zabiera d swojego królestwa największy skarb i zaraz przedmiot dający życie olbrzymom. Spór został na jakiś czas rozwiązany, jednak ile to potrwa.
Odyn ma przekazać swoje królestwo jednemu z synów, Thorowi lub Lokiemu, jednak tylko jeden z nich będzie mógł otrzymać władzę. Synowie rosną, zmieniają się, czas płynie...
Dorosły Thor ma przejąć władzę, jednak podczas jego ceremonii dzieje się coś strasznego, przedmiot dający moc olbrzymom zostaje podłączony i wrogowie uciekają. Przyszły król chcę wyruszyć i pokonać nieprzyjaciół, jednak ojciec nie wyraża na to zgody.
Właśnie w momencie uwolnienia potworów rozpoczyna się akcja filmu.

Po przedstawieniu fabuły muszę Wam powiedzieć, choć myślę, że większość Was to wie, ale „Thor” jest ekranizacją komiksu właśnie o bogu piorunów z 1962 roku. Niestety sama nie miałam okazji się z nim zapoznać, więc nie mam pojęcia na ile trzyma się fabuły komiksu. Choć właśnie po jego obejrzeniu przyszła mi na to ochota. Może kiedyś się uda.

Głównym bohaterem filmu jest Thor, początkowo zbyt pewny siebie chłopak, który myśli, że wszystko, co zrobi mu się uda i że zawsze ma rację. Świetna kreacja, przynajmniej moim zdaniem. Bogowie w mitologii zawsze tacy byli, więc od razu jego charakter był dla mnie na plus. Jednak mężczyzna zmienia się w trakcie trwania filmu, nabiera delikatności, trochę dziwnie to brzmi do wojownika, ale jakoś tak grzecznieje, po prostu staję się ideałem, wzorem... Znany motyw, teraz dość często spotykany w książkach. Jedynym minusem bardziej znaczącym w tej zmianie było dla mnie to, ze nastąpiła z dnia na dzień, zarozumiały, zarozumiały, a  nagle nie. Często mi się wydaję, że wielkie zmiany charakteru zachodzą najszybciej w tego typu filmach, książkach...

Pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał, wydarzenia działy się dwutorowo, część w świecie fantastycznym, a część w naszym ludzkim. Ciekawe rozwiązanie. Mi jako miłośniczce wszelkiej fantastyki wydarzenia dziejące się w tej boskiej krainie bardziej się spodobały. Walka o władzę, wojna międzyplanetarna, młodszy syn odsunięty od władzy, starszy wygnany z kraju, oj działo się, działo.



Poruszę również kwestię wątku miłosnego, wydał mi się on trochę oklepany, ale nie będę się wiele czepiać. Kobieta naukowiec Jane zakochuję w pojawiającym się z nikąd facecie, razem przeżywają przygody, trochę rozmawiają, on jej pokazuję inny wymiar nauki, a mianowicie inne kosmiczne światy(Owa pani zajmowała się właśnie badaniem dziwnych zjawisk na niebie).  Ogólnie taki znany schemat z innych podobnych filmów, nie było tu niczego niezwykłego w tej kwestii. 

Zakończenie ekranizacji było interesujące, walka, jak to ujmę dobra ze złem, ciężki dylemat, a potem cień szansy, który nie tylko dał coś bohaterom, ale również widzom, gdyż możnabyło się łątwo domyślić, że jest to furtka do kolejnych części filmu. Muszę jednak powiedzieć, ze ciekawi mnie troszkę, co wymyślą. Jeden wątek od razu został wyjaśniony, ale pomysł na fabułę mnie ciekawi. Spojrzę zaraz i dowiem się, co wymyślili. Szkoda, że filmu już nie grają...

Film okazał się dobrą rozrywką, spędziłam na jego oglądaniu miłe chwile. Sporo akcji, trochę humoru i wątki mitologiczne naprawdę mi się spodobały. Film był lekki, nie wymagał wielkiego skupienia, idealny na odstresowanie i chwile relaksu.


Ocena: bardzo dobra
Reżyseria: Joss Whedon, Kenneth Branagh
Scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne
Część: I
Produkcja: USA
Czas trwania: 2h 10min
Data premiery: 29 kwietnia 2011 (Polska) 21 kwietna 2011 (świat)
Data obejrzenia: 2013-09-20

Bohaterowie:

Chris Hemsworth - Thor
Natalie Portman - Jane Foster 
Tom Hiddleston - Loki 
Anthony Hopkins - Odyn 
Stellan Skarsgård - Erik Selvig 
Kat Dennings - Darcy Lewis 
Clark Gregg - Agent Coulson 
Idris Elba - Heimdall 
Colm Feore - Król Laufey

Trailer:



sobota, 21 września 2013

Wiedźma: Naczelna

Niektórzy uważają, że bycie wiedźmą to prosta sprawa, a wcale tak nie jest. Niektórzy uważają, że czerpie się z tego same przyjemności, a żadne natręctwa człowieka nie męczą. Jednak, wiedźmą nie można się urodzić, no chyba, że wyssie się wredotę z mlekiem matki, ale to chyba i tak nie pomoże w zawodzie. Słyszałam też, że nie pomaga również okropny wygląd. Wiedźma musi po prostu mieć to coś i do tego ciężko pracować, bo tylko ciężka praca da odpowiednie efekty.

„-Wolho, małżeństwo ma również swoje jasne strony! Lepiej wyobraź sobie, jak efektownie będziesz wyglądać w sukni ślubnej... -Całun pogrzebowy! -A wesele? -Stypa!! -Yyyy... Pierwsza noc poślubna? -Uroczyste wniesienie trumny do grobowca i oddanie do użytku!”

Wolha Redna opuszcza Dogewę, opuszcza ukochanego wampira, z którym zamierza wziąć ślub. Wyjeżdża, by po pierwsze po prostu, by popracować, a po drugie uciec od zgiełku jaki panuję wokół uroczystości i zaznać odrobiny wolności i przemyśleć swoją decyzję.
Pierwszym zadaniem, jakie ma do wykonania jest wypędzenie upiora, który straszy niewinnych rycerzy nienawidzących czarów i magii. Rycerze prosząc o pomoc posunęli się do ostateczności, gdyż żadne środki znane im z wierzeń nie pomogły. Upiór zabił już ponad pół tuzina ludzi, czy Naczelna Wiedźma Dogewy odnajdzie rozwiązanie tajemniczej sprawy?

To już moje ostatnie spotkanie z W. Redną czarownicą i jej niezwykłymi przygodami. „Wiedźma: Naczelna” zamyka trylogię, w Polsce wydaną w postaci pięciu książek. Autorka- Olga Gromyko cały czas stawiała na humor i dobrą zabawę. W tym tomie również tego nie zabrakło. Akcja poruszała się w szybkim tempie, było trochę niezwykłych istot, trochę miłosnych zawirowań, jednak najwięcej zabawy. Ale przejdźmy do konkretów.

[Wolha chcę otworzyć sarkofag ze szczątkami Fenduła (świętego zakonu)]
„-Ojej, panno wiedźmo, a może jednak nie? – rozpaczliwie pisnął giermek. – Bo jeszcze święty Fenduł się rozłości, że niepokoi go pani bez zaproszenia?
- To przeproszę i powiem, że pomyliłam pokrywki. Jeśli się boisz, to wyjdź na korytarz.
Tiwal zmrużył oczy i odwrócił się. Po kilku wykonanych przeze mnie gestach płyta bezszelestnie odsunęła się na bok, a ja zbliżyłam do sarkofagu pochodnię i z ciekawością pochyliłam się nad szczeliną szerokości dwóch i pół dłoni.
-Nic dziwnego, że was po zamku potwory grasują – mruknęłam, patrząc do środka głębokiego pudła z marmuru – Funduj chyba wyszedł na spacer...”

Styl pisania Pani Olgi jest specyficzny, jej język jest prosty, ale przeplatany różnymi starodawnymi wyrazami, przez o nie można czytać książki bardzo szybko, bo niekiedy, jak na przykład podczas słuchania wypowiedzi starszych ludzi, czy innych ras, trzeba się skupić. Czasem było to odrobinę uciążliwe, jednak zawsze dodawało klimaty i wyróżniało stworzenia pochodzące z różnych krain.

Narracja w książce jest podzielona pomiędzy Wolhę, wtedy poznajemy wydarzenia z jej perspektywy, jedynie w pierwszej osobie lub rzadziej z innych punktów widzenia, wtedy czytamy wydarzenia z punktu widzenia obserwatora. Niekiedy ta druga opcja była pomocna, bo nasza wiedźma nie była obecna przy wszystkich wydarzeniach, a dzięki temu mieliśmy, jako czytelnicy, szerszy punkt widzenia.

„Wiedźma: Naczelna” jest tym razem podzielona na dłuższe rozdziały, początkowo wydawało mi się, że będą to zbiory opowiadań, ponieważ trzy pierwsze nie łączyły się ze sobą w wielkim stopniu fabułą. Wszystko zmieniło się właśnie po trzecim rozdziale, gdyż czwarty, piąty, itd. były jego kontynuacją. Właśnie wtedy zaczyna się ta ważniejsza historia, już nie poszukiwanie duchów, już nie walka ze smokiem, to już nie są wioskowe zlecenia, lecz poważniejsza intryga. Cieszę się, że mimo tych początkowych opowiadań wszystko łączyło się w zgrabną historię, jej czytanie było naprawdę przyjemne.

Ten tom obfituje też w lepsze poznanie lub przypomnienie sobie starych bohaterów, Wolha, co jakiś czas napotyka na swojej drodze starych znajomych, jak swoją szkolną przyjaciółkę Welkę, starego kolegę, najemnika Wala, czy nową przyjaciółkę Orsanę. Byłam bardzo radosna, kiedy czytałam fragmenty kłótni, sprzeczek i rozmów całej kompanii, uwielbiałam to. Miło było dowiedzieć się, co u nich się zmieniło, jak układają się ich relacje.

„On też się bał. Ale rozumiał, że jeśli nie potrafią wykonać tego kroku razem, to dalej będą musieli iść samotnie. Do końca życia, ponieważ nic podobnego już im się nie przydarzy, a na mniej się nie zgodzą...”

Główna bohaterka Wolha nic, a nic się nie zmieniła, nadal była tą zabawną, lekko wredną wiedźma z charakterkiem. Cieszę się, że z każdym kolejnym tomem mogłam czytać, jak się rozwija, ale nadal pozostaje sobą. Taką ją lubię. Jej narzeczony Len nie wybijał się tu na pierwszy plan, raczej znajdował się gdzieś z tyłu, w cieniu swojej ukochanej. Ich związek przeżywał swoje wzloty i upadki, żadne z nich nie było gotowe na tak wielki krok, jakim był ślub, jednak ich relacja nie ulegała wielkim zmianom. Przyjaciele ponad wszystko.

Podsumowując książka była ciekawym dopełnieniem i uzupełnieniem historii niesamowitej czarownicy. Dalsze losy Wolhy naprawdę mnie nie zawiodły, czytanie tej historii było przyjemnością. Szkoda, że to już koniec. 

Ocena książki: bardzo dobra [5/6]
Ocena serii: dobra + [4+/6]

Autor: Olga Grymyko
Tom: III
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 528
Cena: 39,90 zł
Data przeczytania: 2013-09-
Skąd: biblioteka publiczna

Seria  o W-Rednej:
Zawód wiedźma cz. 1 2 --- Wiedźma: Opiekunka cz. 1 i 2 --- Wiedźma: Naczelna
(podlinkowane numery części)

Książka przeczytana do wyzwania:

piątek, 20 września 2013

Zbuntowana

Bunt jest w każdym z nas...

Niekiedy odczuwamy samotność, gdy nie potrafimy się dopasować, gdy nie możemy dołączyć do grupy, bo tam po prostu nie pasujemy. Każdy z nas jest inny i klasyfikacji ludzi ze względu na ich cechy jest trudna. Zawsze szukamy grupy, w której będziemy się czuć dobrze, jednak nasze poglądy się zmieniają, nie przebywamy wciąż z takimi samymi ludźmi. Jednak jeśli sytuacja byłaby inna, co by się działo, gdyby państwo łączyło nas w grupy, gdyby każda odrębność, oryginalność była źle odbierana, a człowiek, który nie może się dopasować, po prostu nie pasuję musiał odejść, zniknąć, bo byłby niebezpieczny.

„Odkryłam, że ludzie mają wiele warstw tajemnic. Wydaje ci się, że kogoś znasz, że go rozumiesz, ale jego pobudki zawsze są przed tobą ukryte, schowane w jego sercu. Nigdy ich nie poznasz, ale czasem postanawiasz zaufać.”

Właśnie taki jest świat przedstawiony przez Veronicę Roth. Autorka w swojej trylogii opowiada o świecie, w którym każdy człowiek był klasyfikowany do jakiejś grupy. W pierwszej części „Niezgodnej” poznawaliśmy losy głównej bohaterki Tris, która nie była w pełni dopasowana do żadnej, posiadała cechy trzech nacji, co jak się okazało nie było niczym złym. Stojący u władzy boją się Niezgodnych, dlatego ich likwidują, właśnie w tej części dowiedziałam się, dlaczego. „Zbuntowana”, bo taki tytuł nosi kontynuacja.

Tris, Cztery i kilku towarzyszących im altruistom udają się do siedziby Serdeczności. Szukają schronienia i pomocy w walce z Erudycją. Kiedy jednak oni decydują, by nie popierać żadnej ze stron, bohaterowie decydują się na ucieczkę i wzięcie spraw we własne ręce. Jednak nie jest to łatwe, ciągle kłótnie, nie tylko pomiędzy przedstawicielami różnych frakcji, ale również pomiędzy samymi Nieustraszonymi nie pomagają w walce z silnym przeciwnikiem. Czy Tris i Thomas poradzą sobie z groźnym przeciwnikiem, czy nadal będą trzymać się razem?

„Moim zdaniem płaczemy po to, aby uwolnić naszą zwierzęcą część, nie tracąc człowieczeństwa.”

„Zbuntowana” jest kontynuacją, która według mnie odrobinę obniżyła poziom poprzedniego tomu. Zaczęło się dość ciekawie z lekkimi powiązaniami z innymi tego typu powieściami, jednak mimo wszystko przyjemnie. Głównym mankamentem, który, jak pamiętam, poruszyłam, było mało emocjonujące zakończenie. Tym razem ten minus mogę spokojnie wyrzucić z listy, tu końcówka była dla mnie wielkim zaskoczeniem, pełna emocji i niespodzianek, aż szkoda, że nie została jeszcze wydana kolejna część. Ale wracając do początkowej myśli, co więc było w niej gorszego, skoro jednak okazała się trochę słabsza?

Akcja w książce trzyma się na dobrym poziomie, nie dzieje się tu nic w jakimś zastraszającym tempie, jednak jest ono tak dobrane, by czytelnik się nie nudził. Niekiedy jednak jakoś nie mogłam wciągnąć się w wydarzenia, czytałam, ale bez żadnych wypieków na twarzy, bez emocji, że muszę wiedzieć, co dalej. Przyjemna lektura, ale zabrakło mi, tego by choć co jakiś czas autorka dodawała jakoś niespodziankę. Jakiś mocniejszy element. Nie znalazłam tu takich momentów wiele, dla mnie było ich za mało. Przyznam jednak, ze dużym zaskoczeniem była dla mnie przemiana, a właściwie ukazanie się prawdziwego obrazu jednego człowieka.

„Nieustraszeni są najokrutniejsi z całej piątki,
Sami siebie rozrywają na strzępy...
(...)
Erudyci są najbardziej wyrachowani z całej piątki,
Wiedza to drogocenna rzecz...”

Na plus przedstawiam również pomysł lepszego ukazania nam frakcji. Do tej pory poznałam jedynie Altruizm i Nieustraszoność, dzięki postaci głównej bohaterki, teraz do tego grona dołączyła Serdeczność, Erudycja(choć jedynie z tej gorszej strony) i Bezfrakcyjnych. Ludzie ci nie wydali mi się tak straszni, jak dotąd ich malowano. Normalni ludzie, bardzo normalni, może narzekam, ale liczyłam na jakieś większe zaskoczenie, na niespodziankę w postaci niecodzienności tych osób, ale niestety nie doczekałam się tego. Żałuję.

Bohaterowie byli dobrze wykreowani, ale nie mogłam zapałać do nich sympatią. Ludzie pochodzący z Serdeczności, byli mili, ciepli, z Altruizmu spokojni i opanowani, cały czas pojawiały się te schematy. Z jednej strony dobrze, że autorka nie udawała, że to jak żyli nie odcisnęło na nich piętna, ale z drugiej strony właśnie przez ich zachowanie nie mogłam zapałać do nich cieplejszymi uczuciami.

„Od tej chwili ja będę twoją rodziną”

Główna para książki Tris i Thomas przeżywali w tej części swoje wzloty i upadki, niby nie zabrakło w ich uczuciu schematów, bo przystojny chłopak zakochał się w „zwykłej dziewczynie”, ale jednak też nie było to przesłodzone, a ich kłótnie też nie wydawały się nienaturalne. Ich postacie było tak przedstawione, że mogliśmy dobrze wczuć się w ich uczucia i zrozumieć obie strony i to, co czują. Cieszę się, że zabrakło tu cukierkowości, bo nie lubię ich w tego typu powieściach.

Okładka książki spodobała mi się, jednak zdecydowanie była by dla mnie lepsza gdyby nie wielki rekomendacje i reklamy z przodu. Bardzo nie lubię tego zabiegu, o czym już wiele razy pisałam. Niestety wydawnictwo Amber nadal tak postępuję, nie wiem, czy oni liczą na większy zysk, większą sprzedaż się wydaję mi się. Ale wracając do okładki, wygląda prosto, ale jednocześnie ciekawie, drzewo, które jak sądzę, jest znakiem Serdeczności jest ciekawie skonstruowane, myślę, że obie okładki dobrze się ze sobą komponują.

„Prawda, jak dzikie zwierzę, jest zbyt silna, by pozostać w zamknięciu.”

Podsumowując, „Zbuntowana” nie obniżyła wiele poziomu pierwszego tomu, tak samo jak przy pierwszej części nie odczułam wielkiego WOW. Niestety nie widzę w niej niczego niezwykłego, by od razu uznawać ją za bestseller. To na pewno dobra książka, ale myślę, że już do niej nie wrócę. Czytało się ją przyjemnie, ale to historia na raz. Emocji było sporo, a dzięki zaskakującemu zakończeniu zamierzam dowiedzieć się, co będzie dalej, jak potoczą się losy bohaterów.

Ocena: dobra + [4+/6]

Autor: Veronika Roth
Tom: II  
Wydawnictwo:  Amber
Ilość stron: 368
Cena: 37,80 zł
Data przeczytania: 2013-09-16
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Niezgodna:
Niezgodna --- Zbuntowana --- Allegiant



Książka przeczytana do wyzwania:

środa, 18 września 2013

Córka dymu i kości

Niektóre książki leżą na moich półkach naprawdę długo, kupuję je w promocjach, na wyprzedażach, a potem wypożyczam coś z biblioteki i muszę przeczytać to w pierwszej kolejności. Często działa to na moją szkodę, bo nie poznaje od razu historii, która mogłaby mnie oczarować lub historii, która by mi się nie spodobała i od razu ruszyła na wymianę, a tak po dłuższym czasie sporo osób ma już lub czytało daną pozycję. Ale wracając do tematu, książka o której teraz piszę przeleżała już u mnie już z rok, leżała, leżała, jednak teraz po nią sięgnęłam. Ale o czym mowa? O „Córce dymu i kości” Lani Taylor. Przed jej przeczytaniem popatrzyłam na recenzje krążące po sieci i przeczytałam sporo pochlebnych ocen. Ale kompletnie nie wiedziałam, czy mi się spodoba. Licząc na jak najlepsze wrażenia, ale nie wymagając zbyt wiele sięgnęłam po wychwalany przez wielu tytuł.

„Dawno, dawno temu, anioł i diablica zakochali się w sobie.
Nie skończyło się to dobrze.”

Karou jest utalentowaną malarką, uczęszczającą do szkoły artystycznej w Pradzę, ma dobrą przyjaciółkę i uciążliwego byłego chłopaka u boku. Błękitne włosy i niezwykłe tatuaże na rękach przyciągają ludzkie spojrzenia. Jednak nie tylko te aspekty są w dziewczynie niezwykłe. Karou zawieszona jest pomiędzy dwoma światami, rzeczywistym i tym mniej realnym, w którym nic nie jest niemożliwe. Wykonywane przez nią zlecenia od Dealera Marzeń łączą ją z tymi dwoma realiami. Jednak w której części, tak naprawdę powinna żyć?

Muszę od razu podkreślić, że mimo natłoku na rynku powieści opartych na podobnym schemacie, ta się wybrania, ma w sobie coś niezwykłego, oryginalnego, co pozwala odróżnić ją od reszty. Pomysł na stworzenie bohaterki powiązanej z różnymi światami był wykorzystywany już wielokrotnie, jednak ta historia rozwija się i splata od początku do końca. Właśnie dopiero końcowe rozdziały tak naprawdę rozwiązują sprawę, kim jest Karau. Bardzo podobało mi się to stopniowanie napięcia.

Akcja powieści toczy się wielotorowo, rozdziela się pomiędzy bohaterów, Karau, Akivę, możemy doszukać się wielu retrospekcji, dzięki temu czujemy jakby historia żyła od dawna, jakby nie tylko rozwija się wraz z kolejną stroną w przyszłość, ale również przeszłość. Długofalowa historia o walce między chimerami i aniołami, która rozgrywa się już od setek lat. Historia wielowątkowa i wielowymiarowa, która daje czytelnikowi obraz nie tylko na teraźniejsze wydarzenia, co bardzo cenię.

„- Nadzieja jest wewnątrz ciebie, a życzenia to tylko magia ?
- Życzenia są nieprawdziwe. Nadzieja jest prawdziwa. Jest jedyną prawdziwą magią.”

Bohaterowie są ciekawi, jednak nie niezwykli. Niekiedy schematyczni, zbyt idealni, romantyczni. Akiva wydawał się naprawdę oryginalnym bohaterem, okrutnym, bez uczuć, jednak jego osoba bardzo szybko uległa przeobrażeniu, stał się za delikatny, za uroczy, wprost przesłodzony. Karau zaś miała coś w sobie, co utrzymywało wokół niej siatkę tajemnicy, wiele nici ją oplatających, które łączyły nie tylko dwa światy, ale splatały również tajemnice wokół niej.
Wszystkie drugoplanowe i epizodyczne istoty przemykające przez powieść były naprawdę dobrze przedstawione. Były oryginalny nie tylko w swoim wyglądzie, ale również  dzięki swoistym zachowaniom i charakterowi, który ich opisywał. Ludzie, przyjaciele i znajomi dziewczyny, przy postaciach nie z tego świata, wydawali się zwykli, szarzy i schematyczni. Mieli w sobie mało wyrazu. Na ich tle spodobała mi się jednak przyjaciółka Karau- Zuzanna. Miła i przewrażliwiona na punkcie swojego wzrostu dziewczyna o ciekawym charakterze, normalna, dlatego łatwo ją polubić.

W książce tej nie zabrakło również wątku miłosnego. Dla mnie był on jednocześnie oryginalny i schematyczny, zwykła miłość, która była nam przedstawiana po początkowej wrogości była mało interesująca, aż wręcz dla mnie zawyżana, to uczucie było wprost nienaturalne, sztuczne. Jednak później coś się zmieniło, co nie tylko dodało historii kolorytu, ale też podniosło zdecydowanie poziom, bo było to coś, czego w tej historii się kompletnie nie spodziewałam. Zdecydowanie ta druga część wpłynęła na mnie pozytywnie. Jednak pierwsza połowa obniżyła poziom.

„To cecha potworów, że same się tak nie postrzegają. Pewien smok, który grasował w wiosce i pożerał dziewice, gdy usłyszał krzyk: „Potwór!” obejrzał się za siebie”

Oprawa graficzna powieści, mimo wielu napisów reklamujących i rekomendujących poziom i zaszczyty powieści, jak w większości powieści wydawnictwa Amber, podoba mi się. Jest tajemnicza, intrygująca i na pewno ciekawi czytelnika, co się pod nią znajduję. Tytuł też wiele nie mówi, więc wydaję mi się to podwójnie przyciągające. Tył zaś znów zawiera liczne nagrody, wyróżnienia, które zdobyła powieść, niestety nie znoszę tego typu zabiegów, a niepierwszy i jak sądzę, nieostatni raz widzę je w książce Ambera. Nieładnie...

Podsumowując, powieść czytało mi się szybko, momentami było elektryzująco i nowatorsko, jednak nie zabrakło też odrobiny schematyczności. Opowieść przyjemna, ale bez fajerwerk, bez większego ‘WOW, to było niesamowite!’ Cieszę się, że Amber wydał kontynuację tej historii, bo w ich przypadku niestety jest to rzadkość. Pozostaje, więc zabrać się za kolejny tom historii.
Ocena: bardzo dobra


Autor: Laini Taylor
Tom:  I
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 400
Cena: 37,80 zł
Data przeczytania: 2013-09-07
Skąd: własna biblioteczka

Seria Córka dymu i kości:Dre
Córka dymu i kości --- Dni krwi i światła gwiazd --- Dreams of Gods and Monsters



Książka przeczytana do wyzwania:

niedziela, 15 września 2013

Królowie Clonmelu

Ponowne spotkanie

"Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem - to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem."*

Uważam, że tak samo jest z seriami, gdy wracam do świata z bohaterami, których znam, mam od razu uśmiech na ustach i chcę wiedzieć, jakie przygody tym razem będę przeżywać. „Królowie Clonmelu” to już moje siódme spotkanie z Zwiadowcami królestwa Araluen. Znów byłam w czasach rycerzy, bitew i niebezpieczeństw. Każde spotkanie z tą serią to nowa przygoda. Każda książka ma własną historię. To jak obrazy w pokoju luster, raz widzisz się tak, raz inaczej.

„-Ciekawe, gdzie zawieruszył się Halt –zastanawiał się Gilan [...]-Spóźnia się, a to do niego niepodobne.”**

Will wyrusza na doroczny zjazd zwiadowców, jak co roku zamierza zaczekać na swojego byłego mistrza i przyjaciela Gilana. Niestety Halt w ogóle się nie pojawia. Wyruszył do Sisley, by dowiedzieć się, co się dzieje na zachodnim wybrzeżu. Niestety przynosi straszne wieści,  powstała sekta dziwnego bóstwa, która rozprzestrzenia się po całej Hiberni - miejscu skąd pochodzi Halt. Zwiadowcy muszą zatrzymać kult im dotrze do królestwa Araluen. Na wyprawę wyruszają Will, Halt i Horace. Czy uda im się nakłonić do walki słabego króla Clonmelu - ostatniego królestwa niezajętego przez dziwną religię?

„Wracam do chaty pośród drzew,
Gdzie strumień kręty u stóp wzgórz;
Może tam dziewczę czeka jeszcze,
A może zapomniało już.”**

Zwiadowcy często są samotni, nie mają bliskich, zawsze są czujni, wiedzą, co robić, to ich zawód, muszą tacy być. Są nieliczni, lecz każdy z nich może być równie dobrze traktowany jako dziesięciu zwykłych łuczników. Zawsze zachwycała mnie ich determinacja, wola walki, upór.  Za tych bohaterów lubię tą książkę. Zwiadowcy są niezwykli, miło się o nich czyta i wiele można się od nich nauczyć.

„-Skąd przypuszczenie, że król Ferris zechce cię wysłuchać? Czy on cię zna?- spytał Crowley.
-Owszem, zna-odpowiedział mu Halt” **

Zawsze największą zagadkę serii była przeszłość Halta, a tu ją poznajemy. Było to dla mnie największe zaskoczenie całej serii. Nigdy bym się nie spodziewała, że jest kim jest... Wiem, że to brzmi dziwnie, ale nie chcę zdradzać, największy sekret i tak nagle ujawniony. Myślałam, że mój ulubiony bohater zawsze będzie taki tajemniczy, że nic się o nim już więcej nie dowiem, a tu proszę miła niespodzianka, oby takich więcej, jak na razie to tylko namiastka tego, co jeszcze moglibyśmy poznać. Czekam na więcej.

„-Całe lata czekałem, żeby go za to dopaść”**

Horace zmienił się bardzo, wydoroślał, dostrzegłam to już w poprzednich częściach, teraz potrafi już odgryźć się Haltowi i robi to całkiem nieźle, często straszy, bardziej doświadczani Mistrz, nie wie co odpowiedzieć. Uwielbiam wszystkie ich przekomarzania, zawsze wtedy wskakuje mi na usta uśmiech. Czytanie takich fragmentów to sama przyjemność.

„Horace, kiedy będziesz starszy, może ktoś zechce wmusić ci ucznia. Nie daj się omamić! Pożytek z takiego żaden, bo nie myśli o niczym innym, jak tylko żeby wykazać swoją wyższość nad nauczycielem. I jakby nie dość pojawiło się kłopotów z czeladnikami w trakcie terminu, to kiedy już ukończą nauki, stają się po prostu nie do zniesienia.”**

Autor nadal trzyma się tego, by do książki dodać szczyptę humoru, uwielbiam go za to. Każda książka jest dzięki nim weselsza. Docinki chłopców, czy Halta są zawsze celne, a gdy je czytam nie potrafię ukryć śmiechu.  Zawsze mnie bawią.  W tej części od samego początku dogryzali sobie Halt i Horace.

W każdym tomie przygoda goni przygodę, jest to wielkim plusem serii. Ten zachwycił mnie również tym, jak prawdziwie ukazano ludzi.  Tłum robił to, co nakazał im ktoś wyższy, ważniejszy, o on zawsze słuchał. Pozakażał, jak łatwo  „zbajerować” ludzi, a oni jak łatwo dają się wykorzystywać.  Zastanawiałam się, jak ludzie mogą być tak bezmyślni. Czy naprawdę trudno samemu podjąć decyzję ?

Jestem zadowolona z sięgnięcia po kolejny tom. Czas ze zwiadowcami to zawsze czas mile spędzony. Liczę, że nawet gdy będę dorosła nie zapomnę o moich starych przyjaciołach z Araluenu.
Ocena: bardzo dobra


*przysłowie chińskie
**fragmenty książki

Autor: John Flanagan
Tom: VIII
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 472
Cena: 33,90zł
Data przeczytania: 2013-01-05
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Zwiadowcy:
Ruiny Gorlandu --- Płonący most --- Ziemia skuta lodem --- Bitwa o Skandię --Czarnoksiężnik z północy --- Oblężenie Macindow --- Okup za Eraka --- Królowie Clonmelu --- Halt w niebezpieczeństwie --- Cesarz Nihan-Ja --- Zaginione opowieści --- Królewski zwiadowca


__________________________________________________________________
Przepraszam Was bardzo za moją nieobecność, nie mogę kompletnie wygospodarować czasu na pisanie recenzji, dlatego tak rzadko się pojawiam. Czytam dużo, mam już do napisanie trzy recenzje, można powiedzieć, że nawet cztery, ale jakoś nie mogę sie zabrać. Wciąż tylko czytam i czytam. Dziś poczęstuję Was recenzją, którą napisałam jakiś czas temu, wnioskując po dacie przeczytania było to jakoś w styczniu, więc naprawdę dawno. To tyle w ramach wyjaśnienia, a jutro szkoła wzywa. 

Dobrej nocy, 
Patrycja