piątek, 31 maja 2013

Podsumowanie maja

Cześć, 
jak zwykle ostatniego dnia miesiąca piszę post, w którym podsumowuję moje wyniki czytelnicze. Maj był miesiącem wielkich planów, miałam przeczytać dużo więcej książek niż w zeszłym roku, ale jak to się udało, zaraz zobaczycie.

Oczywiście, nie może zabraknąć podziękowań. Jak zawsze dziękuję za wszystkie komentarze i wejścia, cieszę się, że jesteście ze mną. W tym miesiącu dołączyło do moich obserwatorów 13, czyli o jedną więcej niż w zeszłym, jest tendencja wzrostowa, dobrze ;) Odwiedziło mnie zaś 1577 osób, czyli znów więcej niż w kwietniu, dzięki jeszcze raz. ;)

Jak zawsze podsumowałam również ilość przeczytanych stron, a z moich obliczeń wyszło, że przeczytałam 6520 stron, co daje na dzień 210. Żałuję, że nie udało mi się poprawić wyniku, który osiągnęłam w styczniu, wtedy udało mi się ukończyć 16 książek i przeczytać 247 stron, sporo mi jeszcze brakuję do tego wyniku. Jednak plany na czerwiec też są spore, mam nadzieję, że wypalą. 

Lista przeczytanych pozycji:
1. "Wróżbiarze" Libba Bray [zrecenzowane]
2. "Puszcze milczenia"(Pas deltory) Emily Rodda [zrecenzowane]
3. "Jezioro Łez"(Pas deltory) Emily Rodda [zrecenzowane]
4. "FNiN oraz Świat Zero 2. Alternauci" Rafał Kosik [zrecenzowane]
5. "Nadciąga burza"(strażnicy historii) Damian Dibben [zrecenzowane]
6. "Pościg"(Drużyna) John Flanagan [zrecenzowane]
7. "Cinder"(Saga Księżycowa) Merissa Meyer [zrecenzowane]
8. "Klątwa tygrysa"Collrn Houck [zrecenzowane]
9. "Harry Potter i Czara Ognia"(Harry Potter) J.K. Rowling [niezrecenzowane]
10. "Miasto szczurów"(Pas Deltory)Emily Rodda [zrecenzowane]
11. "Bez skazy"(Pretty Little Liars) Sara Stephard [do napisania]
12. "Finale"(Szeptem)Becca Fitzpatrick [zrecenzowane]
13. "A.B.C." Agata Christie [do napisania]
+"Co tak naprawdę wydarzyło się w Peru"(The Bane Chronicles)Cassandra Clare(ebook)[zrecenzowane]

Obejrzane seriale:
+cały sezon PLL(21 odcinków) [do napisania]
+ pierwszy sezon Gry o Tron(10 odcinków) [do napisania]
+ 7 odcinków drugiego sezonu Gry o Tron

Powtórzone książki:
1."Czerwień  rubinu"(trylogia Czasu) Kerstin Gier (343) [zrecenzowane]
2. "Błękit szafiru"(trylogia czasu) Kerstin Gier (361) [zrecenzowane]
3. "Zieleń szmaragdu"(trylogia czasu) Kerston Gier(449) [zrecenzowane]
4. "Więzień labiryntu" James Dashner(421) [do napisania]

Nie jestem w pełni zadowolona, choć przeczytałam więcej książek niż w w tym samym miesiącu w zeszłym roku, jestem zawiedziona, że nie poprawiłam wyniku ze stycznia, cóż, trzeba próbować w czerwcu. :)

Najlepsza książka miesiąca: "Wróżbiarze"
Najgorsza książka miesiąca: "Klątwa tygrysa"
Największe zaskoczenie: "Cinder", "A.B.C."
Największe rozczarowanie: "Klątwa tygrysa"
Liczyłam na więcej: "Co tak na prawdę wydarzyło się w Peru?"

W maju dodałam 18 postów(wliczając ten) w czym zawarłam 17 recenzji, większość to książki przeczytane w tym miesiącu, m. in. do wyzwania czytam fantastykę. Właśnie o to chciałam zahaczyć, w tym miesiącu do wspomnianego wyzwania napisałam 11 recenzji, mogłabym nawet napisać 12, jednak postanowiłam, że nie będę pisała recenzji Harrego Pottera. Na zrecenzowanie czeka jeszcze trzy książki i dwa seriale, mam nadzieję, że choć trzy z tej listy znikną w weekend. ;)

Postanowiłam też wprowadzić lekkie zmiany w moim ocenianiu. Rozpoczynając od tego miesiąca książkom będę przyznawać oceny: świetna, bardzo dobra, dobra, średnia, słaba, okropna. Przekłada to się na oceny szkolne i będzie mi samej łatwiej je przyznawać. ;) Myślę, że to dobry pomysł, choć jeśli się nie przyjmie zmienię formułę. 


A jak Wam minął miesiąc, jakieś plany na kolejny? 

Patrycja

PS. Jakoś na początku czerwca postanowiłam dodać stosik z nowymi pozycjami i książkami wypożyczonymi. 

środa, 29 maja 2013

Finale

Finałowy szept.

Poznaje świat powieści, zamykam się w nim, trwam, zatracam się. Czasem wychodzę z niego z żalem, czasem z ulgą, że to się już skończyło, że nie muszę cierpieć. Są miejsca, które zapadają w pamięć, bohaterowie, którzy żyją w nas, zdarzenia, które pamięta się długo. Jednak, gdy przeżywam ten ostatni wdech, gdy opuszczam znany świat, zamykam pewien rozdział. Mogę wtedy zacząć nową drogę, nową historię, poznać nowych bohaterów, nowe miejsce, nowe wydarzenia, jednak w głowie nadal błądzi myśl o poprzednim istnieniu, o poprzedniej książce.

Tym razem zakończyłam historię „Szeptem” Becci Fitzpatrick. Ostatni tom nosi znamienny tytuł „Finale” i jest zakończeniem losów Nory i Patcha. Fani serii mogą być zawiedzeni, jednak ja jestem zadowolona, bo autorka miała w swoich powieściach wzloty i upadki. „Szeptem” było niesamowitym paranormal-romance, który naprawdę zapada w pamięć, kolejna część „Crescendo” miała niższy poziom, było w niej mniej humoru, po prostu wydawała mi się dobra, ale nie taka bym zapamiętała ją na długo. Według mnie przeciętny poziom przedstawiała przedostatnia część serii, autorka powołała się w niej na utratę pamięci, co dla mnie było po prostu beznadziejne, niczym z brazylijskiej telenoweli. Ale odbiegłam od tematu, miałam opisywać zakończenie historii, zacznę więc od tego, co się działo.

„W wojnie nie ma nic bohaterskiego. Może ona jedynie doprowadzić do absolutnej destrukcji.”

Nora stała się głową Nefilskiej społeczności, złożyła przysięgę i jeśli zrezygnuje ze swojej funkcji, umrze. Nie ma więc wyboru. Razem z Patchem próbuję zaniechać przygotować do wojny przeciwko upadłym aniołom, jednak konflikt wydaje się nieuchronny. Wielkimi krokami nadciąga znienawidzony przez Nefilów okres cheszwanu. Władza w rękach Nory nie jest silna, z każdej strony napotyka na sprzeciw i wrogość.  Pozostają więc pytania. Czy dojdzie do wojny? Czy Nefilowie wyzwolą się spod władzy upadłych aniołów? I na koniec:  jak ten trudny czas przetrwa związek zakochanych?

Na początku chciałam zaznaczyć, że po poprzedniej części nie liczyłam po tej książce na wiele, myślałam, że autorka się wypaliła, a dwie ostatnie części powstały pod publikę.  Muszę jednak powiedzieć, że jestem miło zaskoczona, bo książka nie wypada źle, powiem nawet, że jest dobra. Oczywiście nie można tu spodziewać się jakiś wspaniałych porównań, epitetów i przenośni, bo nie na tym to polega. Paranormal romance, według mnie, powinien być lekki, mieć trochę akcji i humoru oraz zapadać w pamięć. Myślę, że z tą książką tak jest (no może minus to ostatnie, jedynie pierwszą część serii zapamiętam).

Skoro napomknęłam o akcji, to napiszę o niej trochę więcej. A działo się sporo. Wątkiem głównym były oczywiście przygotowania do wojny, jednak pojawiało się też wiele wątków pobocznych. Oczywiście wśród nich na pierwszy plan wychodzi związek Nory i Patcha(o którym więcej potem). Było też wiele scen mniej zauważalnych, jednak ciekawa dla mnie wydała się tajemnica Vee, gdy ja poznałam szczęka mi opadła. Pomyślałam wtedy, dobra, to trochę naciągane. Ale mniejsza o to. Ważne jest to, że akcja podniosła  poziom od poprzedniego tomu, dzięki czemu czytałam ją z większą przyjemnością.

„Aniele. Jestem tu.”

Bohaterami pierwszoplanowymi jak zawsze są Nora  i Patch. Dziewczyna nadal mnie irytowała, najbardziej, gdy rozmyślała o Patchu, jaki on cudowny, silny, ble, ble, ble... Dobra rozumiem zakochana, ale ma na głowie dużo ważniejsze sprawy, halo dziewczyno masz stanąć na czele wojska. Patch natomiast był dla mnie nijaki, jedynym punktem, na którym autorka skupiła się przy jego osobie była miłość do Nory. Po prostu nudy, gdzie ten niegrzeczny chłopak z pierwszej części, ja się pytam... Zmarnować taki potencjał... Co do ich związku nie wyczuwałam już tego ognia, które kiedyś nim rządziły. Niby były jakieś tam opisy, ale wydawały się naciągane. 

Chciałabym też wspomnieć o mniej istotnych postaciach, które pojawiały się w książce i według mnie były dużo ciekawsze, miały charakter. A były to Vee, przyjaciółka Nory, Scott, przyjaciel dziewczyny i Dante, jej trener. Zacznę może od Vee i Scotta, uważam, że było im poświęcone stanowczo za mało czasu książki, praktycznie się nie pojawiali. Dziewczyna pojawiała się szczególnie rzadko, Nora praktycznie jej unikała, z lekka to dziwnie, w sumie to jej najlepsza przyjaciółka. Scott pojawiał się częściej, ale tylko dlatego, że był potrzebny Norze, mówił, że zrobiłby dla niej wszystko, ale ja w tym lekko sensu nie widziałam, przynieś, wynieś, pozamiataj. Był ciekawą postacią, bardzo było mi go żal. Ostatnia postać- Dante, na reszcie ktoś wyrazisty. Niezły koleś, mimo, że autorka kreowała go na gościa, którego nie da się lubić, tylko dzięki niemu akcja nabierała rumieńców. Dolewał oliwy go ognia, właśnie dlatego wzbudził moją sympatię, bez niego ziałoby nudą.

Zakończenie serii wypadło słodko-gorzko. Zdawało mi się, że ktoś odszedł tylko dlatego, by zakończenie nie wydało się za szczęśliwe, ale dlaczego ta postać? Zaskoczyła mnie też jedna osoba, a mianowicie detektyw Basso, cwany lis. Przez jego prezent, końcówka wydawała mi się taka mdła, na prawdę, co za dużo to nie zdrowo. A i jeszcze te wyjaśnienia w ostatnich rozdziałach, trochę to wszystko naciągane. 

Podsumowując, „Finale” to dobra kontynuacja,jednak nie można się po niej wiele spodziewać.. Jak widać, sporo się czepiałam, powiem Wam, że jest duża możliwość, ze jeszcze nie wychwyciłam wszystkiego. Serię Szeptem przeczytałam szybko, pierwsza część należy do moich ulubionych i jednych z pierwszych z gatunku panaromal romance, które przeczytałam, dlatego będę ją miło wspominać. Reszta jest już mniej warta uwagi, jednak na pewno nie czyta się jej źle. 
Ocena 6+/7-/10

Autor: Becca Fitzpatrick
Tom: IV
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 416
Cena: 39,90zł(gruba okładka)
Data przeczytania:2013-05-28
Skąd: pożyczone od koleżanki

Seria Szeptem:
Szeptem --- Crescendo --- Cisza --- Finale

PS musiałam jakoś dziwnie oceniać w poprzedniej recenzji, bo ma wyższą ocenę niż tom, który mi się podobał... Dziwne. 

Książka przeczytana do wyzwania:


wtorek, 28 maja 2013

Morderstwo w Orient Expressie

Ponowne spotkanie z królową kryminałów. To dopiero początek mojej przygody z gatunkiem i z książkami Agaty Christie, lecz czuję, że nie ostatnie. Kolejna świetna powieść, którą miałam okazję przeczytać nosi tytuł „Morderstwo w Orient Expressie”.

Herkules Poirot wraca Orient Expresem do Europy po rozwiązaniu sprawy kryminalnej. Pociąg, choć nie wskazuję na to pora, jest bardzo zapełniony, jednak udaję mu się zająć miejsce. Podróżujący pochodzą różnych krajów, nie znają się, są bardzo odmienni. Jeden z pasażerów niespodziewanie prosi Poirota o ochronę. Ten,  oczywiście przypatrując się już współ podróżującym, nie zgodził się, gdyż nie spodobał mu się ów mężczyzna. Niedługo po tym zdarzeniu pociąg grzęźnie w śniegu. Następnego ranka zostają znalezione zwłoki, zamordowanym jest proszący o ochronę człowiek.
Poirot musi rozwikłać zawiłą sprawę, może polegać jedynie na własnym sprycie i pomysłowości, gdyż pociąg został odcięty od świata, podejrzanym jest każdy pasażer.

Powoli zaczynam się wciągać w czytanie kryminałów. Niestety w mojej szkolnej bibliotece nie ma już książek Christie, jednak koleżanka już zaoferowała mi się, że mi pożyczy. Jednak wracając do książki, spodobała mi się. Czytałam już jedną powieść, w której główną postacią, detektywem był pan Poirot, jednak wtedy był to zbiór krótkich opowiadań, a po drugie to była lektura szkolna, nie czytałam jej z przyjemnością. Postać Herkulesa wydawała mi się mało ciekawa, a sprawy mało zaskakujące. Cieszę się, że coś mnie pokusiło po sięgnięcie po „Morderstwo w Orient Expressie”. Tu sprawa była aż nadto ciekawa, podejrzani mieli ciekawe alibi, zeznania interesujące. Po prostu historia mnie wciągnęła. Nie wiem, czy tylko ja nie potrafiłam znaleźć rozwiązania, czy był ktoś jeszcze, ale bardzo mi się to podobało. Chociaż powiem szczerze, że były frustrujące, gdy sam Piorot mówił do swoich pomocników, że rozwiązanie jest oczywiste... Myślałam wtedy, że chyba nie dla każdego.

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza zamiera rozpoznanie przez Poirota bohaterów, poznajemy ich charaktery i oryginalne zachowanie przez pryzmat bystrych oczu detektywa. Do tego dowiadujemy się o zbrodni i ciekawych obrażeniach ofiary. Wtedy właśnie detektyw podejmuję wyzwanie znalezienia winowajcy. Kolejna część zawiera zaznaczenia bohaterów, które o dziwo, wcale nie nudzą, ale wprowadzają nowy obraz na sprawę. Znajdujemy w niej również dowody i poszlaki, które zbliżają do rozwikłania zagadki.  Zakończenie, które nosi tytuł „Poirot siada wygodnie i rozmyśla” wcale nie jest tak mało interesujące, jak podpowiada tytuł. Wtedy właśnie Herkules ukazuję nam rozwiązanie sprawy, a  tak długie zachowanie odpowiedzi przed czytelnikami tylko podsycało moją ciekawość.

Jedynym negatywnym punktem, o którym musze wspomnieć jest fakt, że akcja początkowo rozkręcała się bardzo powoli, powiedziałabym, że detektyw zapoznawał się z terenem. Muszę również dodać, że później akcja tez  nie była za bardzo porywająca, ale przecież tu chodzi o zagadkę, a ona bardzo mnie zainteresowała i zadziwiła. Ogólnie sprawa nie była łatwa, była niecodzienna. Zbrodnia była dokładnie przemyślana, choć obrażenia ofiary dowodziły, co innego.

Muszę też wspomnieć o sprawię, która mnie osobiście trochę zaskakiwała. Chciałabym napisać o nadmiernej grzeczności, czasem bohaterowie przez pięć minut sobie dziękowali, czy przepuszczali się w drzwiach. To było naprawdę zabawne, czasem dziwiło. Oczywiście uważam, że należy być kulturalnym, ale wszystko można przedawkować. Trzeba uważać.

Muszę też wspomnieć o bohaterach, których była masa, każdy z nich w jakimś stopniu zapadł mi w pamięć. Nie zapamiętałam jednak imion, lecz cechy lub czym się zajmowali, jak się zachowywali. Już w drugiej powieści pani Christie, właśnie tak się dzieję, bardziej zapadają mi w pamięć charaktery niż nazwiska. Co w sumie jest dużo łatwiejsze dla czytelnika.

Podsumowując, uważam, że to kolejny kryminał warty przeczytania. Ja jestem nim zachwycona, znalazłam tu interesująca zagadkę, zaskakujące zakończenie i oryginalne postaci. Powieść na pewno zapada w pamięć. Jedynym minusem według mnie była powolna początkowa akcja. Niedługo zamierzam wziąć się za kolejne powieści Agaty Christie.

Ocena 9/10

Autor: Agata Christie
Tom: -
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 264
Cena: ok. 20 zł
Data przeczytania: 2013-04-04
Skąd: biblioteka publiczna

Inne książki Agaty Christie na moim blogu:

poniedziałek, 27 maja 2013

Zieleń szmaragdu

Są w moim życiu takie książki, które mogę czytać wciąż, i wciąż, i wciąż. Choć doskonale znam zakończenie, wiem co zrobią bohaterowie, jej ponowne czytanie sprawia mi taką samą przyjemność, jak za pierwszym razem, może nawet większą, bo wciąż coś ciekawego odkrywam. Czy Ty też  tak masz? Wstęp ten miał Wam pokazać, jak wielki sentyment łączy mnie z książką, w właściwie całą serią, które tu opiszę. Za „Trylogię czasu” zabrałam się już trzeci raz. Po drugim przeczytaniu zrecenzowałam już tom I i II, jednak nadal w kolejce czekała „Zieleń szmaragdu”, tym razem opiszę właśnie ją.  

Gwen to niby typowa nastolatka, lubiąca kino, ucząca się przeciętnie, poza dziwaczną rodziną niczym się nie wyróżniała, jednak do czasu. Gwendolyn odkryła, że może przenosić się w czasie, jest ostatnią z dwunastu podróżników i jak mówi przepowiednia, ma w sobie magię kruka. Razem z Gedeonem, jedenastym z kręgu, przenosi się między epokami i próbuję dołączyć do chronografu krew wszystkich podróżniczków.  Gdy im się to uda, ze świata mają zniknąć wszelkie choroby, ma wydarzyć się cos niezwykłego. Jednak jest kilka osób, które w to nie wierzyły. Czy Gwendolyn będzie ślepo podążać za wskazówkami hrabiego, czy może na własną rękę będzie próbowała rozwikłać tajemnice?
Przeczytaj, a wszystkiego się dowiesz.

„Skacz - i lecąc w dół, pozwól, by wyrosły ci skrzydła”

Czas bez granic
To teraz będzie naprawdę długo, bo będę się żalić, zachwycać, ale przejdźmy do rzeczy. Trylogia czasu dla
mnie jest jednolitą historią, którą przynajmniej ja, zawsze czytam w całości. Jeśli już sięgnę po tom pierwszy, to nie ma szans bym zaraz nie zabrała się za kolejny, tak działa na mnie ta seria. To musi oznaczać, że książka jest dobra, gdy wciąga w swoje sidła na długi czas. W książce główną rolę odgrywają podróże w czasie, one są sensem całej serii. Cała otoczka, która wokół nich się dzieje, jest bardzo złożona i ciekawa. Podoba mi się to, że to podróżnicy zrobią w przeszłości ma wielki wpływ na przyszłość, bardzo racjonalne rozwiązanie. Jednak sporo spraw pozostawia pytania, czasem trudno zrozumieć, jak to wszystko mogło być możliwe. Choć niby jest to niewymagająca powieść, która ma umilić czas, jeśli ktoś głębiej się zastanowi to doszukuje się niezwykłych aspektów. Według mnie autorka musiała sporo czasu spędzić na łączeniu faktów, na dokładaniu nam lekkich wskazówek, co do rozwiązania. Wszystko tu łączy się w wspólną całość.

„Dosis sola venenum facit(tylko dawka czyni substancję trucizną).”

Zagadka
Co kryje się w chronografie? Ta tajemnica od wielu wieków była owiana legendą, wszystko już dawno, by się wyjaśniło gdyby Lucy i Paul nie okradli pierwszej maszyny, druga z nich nie miała krwi wszystkich podróżników, Gideon spędził długi czas na próbach nakłonienia kolegów do dania mu kilku kropli krwi. Jednak jak ta zagadka zostanie rozwiązana? Wszystko wyjaśniło się w tym tomie, ogólnie nie była to dla mnie wielka niespodzianka, jednak jej skutki, to było coś. Powiem Wam, że możecie liczyć na wiele akcji i niebezpieczeństw, czyli to co czytelnicy lubią najbardziej.

Bohaterowie
W książce występuję narracja pierwszoosobowa, narratorem jest Gwendolyn. Jednak jest sposób przedstawiana informacji nie był zły, przyjemnie się czytało patrząc na wszystko jej spojrzeniem. Jednak momentami mnie irytowała, najbardziej w początkowych fragmentach, gdy bardzo użalała się nad sobą. W sumie ją rozumiałam, ale czasem chciałam krzyknąć dziewczyną, weź się w garść. Do tego, mimo wielkiej sympatii do tej bohaterki, nie mogę powiedzieć, by była nad wyraz inteligentna, często zdarzało się, że inni musieli jej sporo tłumaczyć, ale można jej to wybaczyć, bo była kompletnie nowa w tym świecie.

„Nie chcemy żeby twoja wścibska ciotka dorwała nas, kiedy znajdziemy diamenty. - Jakie diamenty? - Raz pomyśl optymistycznie - Xemerius już odlatywał z łopotem - A co byś wolała? Diamenty czy zgniłe szczątki rozwiązłej pokojówki. To wszystko kwestia nastawienia. Spotkamy się przed grubym wujem z chabetą.”

Zdradzę Wam, że  zakochałam się po uszy, pewnie myślicie, że w Gideonie, a właśnie, że nie. Ja kocham Xaweriusa, najzabawniejszego demona-krogulca jakiego znam. Uwielbiam wszystkie jego wypowiedzi, zawsze potrafił powiedzieć coś tak zabawnego, że nawet najniebezpieczniejsze momenty nie obyły się bez salw śmiechu.

„W rzeczywistości serca są zrobione z całkiem innego materiału. Chodzi o materiał bardziej znacznie bardziej plastyczny i nietłukący, który zawsze odzyskuje swój pierwotny kształt. Wykonany wegług tajnej receptury. Marcepan!”

„Nie da się zatrzymać czasu, lecz dla miłości czas może stanąć w miejscu.”

Miłość
Związek Gwen i Gideona miał w „trylogii czasu” wiele wzlotów i upadków, sporo razy dziwiłam się ich relacji, jednak zawsze im kibicowałam, liczyłam, że będą razem. Denerwowało mnie dość często zachowanie Gideona, który był według mnie kompletnie niezdecydowany. Nie wiedziałam po której ze stron się odpowie, lecz zawsze liczyłam, że wybierze właściwie.  Jednak nie tylko to mnie irytowało, najgorsze były te ich rozstania, przez nie Gwen ryczała kilka dni, by po raz kolejny, bez żadnych wyjaśnień, co do poprzedniej kłótni, całować go i doprowadzić do kolejnej sprzeczki. Czasem to się już robiło nudne, bo ile można. Jednak dobrze, że to wszystko się działo, gdyby wszystko układało się ładnie i pięknie, nie było by tej przyjemności czytanie i choć odrobiny niepewności o los związku.  

Podsumowanie


Reasumując,  cała „Trylogia czasu” pewnie na długo pozostanie moją ulubioną serią z podróżami w czasie. „Zieleń szmaragdu” czyta się bardzo szybko, powiem nawet, że w zastraszającym tempie, książka zapada w pamięć i uprzyjemnia czas. „Trylogia Czasu” na długo zagości w moim sercu. 

Autor: Kerstin Gier
Tom: III
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Ilość stron: 454 
Cena:  ok. 35zł
Data przeczytania: 2012-07-13, 2013-02-05, 2013-05-18
Skąd: domowa biblioteczka

 Seria Trylogia Czasu:
Czerwień rubinu --- Błękit szafiru --- Zieleń szmaragdu 


Książka przeczytana do wyzwania:

sobota, 25 maja 2013

Miasto szczurów

Ostatnio bardzo ciężko idzie mi pisanie recenzji, próbuję w jakiś sposób sklejać słowa, tworzyć coś ciekawego, jednak jak na razie żadna z napisanych w tym miesiącu recenzji nie usatysfakcjonowała mnie w pełni. Jestem jednak uparta, jeśli mi coś nie wychodzi próbuję dalej, tym oto sposobem zabrałam się za opisywanie przygód przyjaciół z Deltory. „Miasto szczurów”, bo taki nosi tytuł trzeci tom serii, opowiada o kolejnej wyprawie, ale więcej poniżej.

Trójka przyjaciół, Lief, Barda i Jasmine zdobyli podczas niezwykłych i niebezpiecznych przygód już dwa z siedmiu kamieni potrzebnych do odnowienia magicznego Pasa Deltory. Każdy z kamieni ma niezwykłą moc, jednak tylko razem tworzą silną broń, której bohaterowie użyć chcą do walki z Władcą Mroku. Tym razem czeka ich ciężki sprawdzian, muszą udać się do Miasta Szczurów, gdzie czeka na nich kolejne wyzwanie. Jak tym razem poradzą sobie przyjaciele, czy uda im się zwyciężyć ze strachem i odnaleźć nadzieję na dalszą wędrówkę?

Jak zdążyłam zauważyć po przeczytaniu już trzech książek pani Emily każda z nich oparta jest na podobnych schemacie, który powtarzał się jak na razie w każdej z przeczytanych przeze mnie historii. Mianowicie  autorka za każdym razem stopniuje niebezpieczeństwo, by na końcu stworzyć moment kulminacyjny, w którym jest sporo akcji i zawirowań. Właśnie te końcowe, przełomowe momenty są najbardziej ekscytujące, dają czytelnikowi najwięcej radości. Pomniejsze niebezpieczeństwa, nie są tak spektakularne. Jestem świadoma, że na podobnych schemacie oparta jest całą masa książek, powolne rozkręcanie akcji, by potem zaciekawić czytelnika zakończeniem, jednak tu jeszcze czegoś mi zabrakło.

Często w książkach mam taki problem, że dopiero po kilkudziesięciu pierwszych stronach zaczynam wciągać się w całą historię, wracam myślami do bohaterów, tu dla mnie zawarty jest problem całej serii. Każda z książek nie jest w pełni rozwinięta, autorka ma bardzo ciekawe pomysły, jednak są jakby nagie, brakuję im trochę kolorytu, więcej napięcia. Odbierałam to, jakby autorka na silę chciała, by książka była bardzo krótka, treściwa. Może innym to nie przeszkadza, ale ja bardziej lubię, gdy autor ukazuję rozwija historie, gdy mogę lepiej poznać jego wizję. Właśnie tego mi tu brak.

Żeby cały czas nie narzekać, wspomnę o pewnym wątku, który bardzo mi się tu spodobał, a była to część zawierająca przygodę z miastem Nimszurf. Autorka pokazała nam inność tego miejsca, jej prawo, kulturę, a do tego rozwikłała pewną zagadkę, która przewinęła się w pierwszej części, cieszę się, że autorka do tego wróciła. Mimo, że wątek zniknął gdzieś w tłumie innych, jednak rozwiązanie interesujące i przemyślane. Teraz widzę, że autorka pomiędzy częściami nie tylko przeplata wszechobecne kompletowanie pasa, jednak również inne, czasem nawet poboczne wątki.

W „Mieście szczurów” pojawiła się, przynajmniej dla mnie, bardzo ciekawa postać. Nie sądziłam, że autorka pokusi się o tak realistycznego bohatera, chodzi mi tu o postać bardzo wyrazistą, żywą, ukazującą prawdziwe cechy. A jest nią Tom, niby zwykły bohater, jednak coś ma w sobie intrygującego. Wydaje mi się jakby był kameleonem, miał tyle różnych wcieleń w książce, a czuję, że gdyby było go więcej, jeszcze wiele razy uległby przemianie.

Reasumując, mimo, że książka ma kilka minusów, to w gruncie rzeczy jest ciekawa. Sądzę, że jest ona skierowana dla trochę młodszego niż ja rocznika, mam tu na myśli dzieci, to jednak historia może zaciekawić też starszych, trochę bardziej wymagających czytelników.  Muszę jednak dodać, że ta część spodobała mi się odrobinę mniej od poprzedniej, dlatego odejmuję jeden stopień. 

Ocena 7/10 

Autor: Emily Rodda
Tom: III
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 164
Cena: ok. 15 zł
Data przeczytania: 2013-05-23
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Pas Deltory:
Puszcze milczenia --- Jezioro łez --- Miasto szczurów ---Ruchome piaski --- Góra Grozy --- Labirynt bestii --- Dolina Zagubionych --- Powrót do Del

Książka przeczytana do wyzwania:

piątek, 24 maja 2013

Co tak na prawdę wydarzyło się w Peru?

Zacznę od tego, że mam wielki sentyment i uwielbiam twórczość Cassandry Clare, jej serie Dary Anioła i Diabelskie Maszyny podbiły moje serce i na stałe zagościły na mojej półce. Tym razem zabrałam się za nowy projekt autorki utworzony wraz z Sarah Rees Brennan, którym są „Kroniki Bane”. Co miesiąc w Internecie pojawiają się nowe opowiadania w nich zawarte. Pierwszym z nich jest historia pt: „Co tak naprawdę wydarzyło się w Peru?”

Książka opowiada o losach dobrze znanego(jeśli ktoś czytał wyżej wspomnienie serie pisarki) czarodzieja, Magnusa Bane. Kroniki zawierają opisy z jego długiego i fascynującego życia. W pierwszej opowieści razem z Magnusem wyruszamy do Peru, właśnie do tej miejscowości zakaz wstępu miał Wysoki Czarnoksiężnik Brooklynu. Pytanie zawarte w tytule było dość często poruszane w książkach pani Clare, jednak jak dotąd w żadnej z nich nie poznaliśmy odpowiedzi. Przyszedł czas na rozwiązanie zagadki.

„ - Tylko mnie tu nie zostawiaj - powiedział Ragnor. - Przysięgnij, Bane.
Magnus uniósł brwi.
- Daję ci słowo honoru!
- Znajdę cię – odparł Ragnor. - Znajdę każdą skrzynię absurdalnych ubrań, które będziesz miał ze sobą. I przyprowadzę ze sobą lamę do miejsca, w którym będziesz spał i upewnię się, że odda mocz na wszystko, co posiadasz.”

Akcja opowiadań, bo historia zawiera ich kilka dzieje się w Peru. Poznajemy tam dość dziwne i niecodzienne przygody Magnusa, które działy się na przestrzeni lat. Najpierw poznajemy historie z 1791 roku, gdy razem z Ragnorem, zielonoskórym czarnoksiężnikiem udał się na wyprawę do dżungli, potem jeszcze trzy inne toczące się wiele lat później. Niestety żadne z opowiadań nie wciągnęło mnie tak, jak Dary Anioła, czy Diabelskie Maszyny, choć działo się sporo, to nie było to porywające, jakoś nie mogłam się w to wciągnąć. Powiem tak, brakowało mi Magnusa w Magnusie, liczyłam na trochę inną historie, nie mniej autorka nadal zaskakuję mnie pomysłowością. Momentami zdarzały się też zabawne fragmenty, niektóre z nich przytoczyłam w tym tekście. Krótko mówiąc czegoś mi zabrakło, choć czytanie tego opowiadania to nie był czas stracony.

– Och tak, aż zzieleniałem z zazdrości – odgryzł się Ragnor.
– No weź, Ragnor. To nie fair – powiedział Magnus. – Wiesz, że uwielbiam, kiedy żartujesz ze swojej cery.

Wspomnę jeszcze pokrótce o postaciach, które się tu przewijały. Nie było ich dużo, oczywiście główną rolę odgrywał Magnus i jego miłości. W tych krótkich opowiadaniach poznaliśmy dwoje jego kochanków. Zaciekawiła mnie postać muzyka, ten chłopak był fascynujący, co wysnułam po opisach Magnusa, a do tego ten fragment o grze czarnoksiężnika, to jedna z najlepszych części tekstu. Towarzyszem podczas wypraw Magnusa był wspomniany wcześniej czarodziej Ragnor, który nie okazał się tak intrygujący, jak myślałam. Miałam, co do niego spore oczekiwania po przeczytaniu poprzednich serii, bo gdy się w nich pojawiał wywoływał u mnie bardzo pozytywne odczucia. Catarina, druga przyjaciółka maga nie wywołała u mnie jakichś bardzo negatywnych odczuć, jednak nie sprawiła też, że ja polubiłam, była mi obojętna. Inni bohaterowie pojawiali się epizodycznie, więc nawet nie ma sensu o nich wspominać.

Podsumowując, opowiadania zawarte w „Co tak naprawdę wydarzyło się w Peru?”, nie zachwyciły mnie, liczyłam na dużo więcej, mam nadzieję, że kolejna część będzie ciekawsza i bardziej mnie zainteresuje. Przy następnym nie postawię aż tak wysoko poprzeczki, choć mam nadzieję, że podniesie ono poziom.

Ocena 7/10

By the way :P
Na zakończenie zdjęcie filmowego Magnusa, wygląda bosko, mam nadzieję, że tak samo odegra swoja rolę, intrygującego czarodzieja. Bardzo na to liczę ;)







Autor: Cassandra Clare oraz Sarah Rees Brennan
Opowiadanie: I
Wydawnictwo: -
Ilość stron: 37
Cena: - 
Data przeczytania: 2013-05-23
Skąd:ebook

środa, 22 maja 2013

Cinder

"Nie pasował tu.
Cinder wiedziała, jak to jest."

Gdy byłam mała uwielbiałam, gdy rodzice czytali mi bajki, ubóstwiałam wszystkie magiczne i tajemnicze opowieści, chyba jak większość dziewczynek w moim wieku, najbardziej lubiłam historie, w których główną rolę odgrywały piękne księżniczki i przystojni książęta. 

Jedną z takich opowieści była baśń o Kopciuszku, biednej dziewczynce, która na balu zgubiła swój pantofelek. Twórczy od wielu lat prześcigają się w tworzeniu nowoczesnych wersji tej historii, ciągle powstają nowe ekranizacje, na jej motywach są pisane książki. A co gdyby pójść krok dalej? Co by się działo, gdyby akcja powieści działa się w dalekiej przyszłość? 

Całkowicie odmienioną wersję Kopciuszka przedstawiła w swojej debiutanckiej książce „Cinder” Marissa Meyer. Autorka powieścią rozpoczęła niezwykłą „Sagę Księżycową”. Czy czytelnik może się spodziewać kosmicznych wrażeń? 

Dawno, dawno temu, a właściwie i nie tak dawno i nawet nie blisko, bo w przyszłości, odległej przyszłości żyła dziewczyna, mieszkała w Nowym Pekinie nie była zwyczajna, była niezwykła. Na imię jej było Cinder, nie miała własnego domu, nie miała rodziny, nie znała swojej przeszłości, jednak nigdy nie płakała, nie narzekała, nie mogła, nie miała prawa. Nie było jej to dane. Ale dziewczyna miała sekret, miała coś, czego wolałaby nigdy nie otrzymać. Poznajcie jej historie.

Początkowo los Cinder nie urzekł mnie, nie mogłam dopatrzeć się żadnego podobieństwa do baśni o

Kopciuszku, na co bardzo liczyłam, jednak to szybko się zmieniło. Już przy poznaniu rodziny głównej bohaterki dowiedziałam się o ich relacjach, o uczuciach jakimi ją darzyli. Niedługo potem dopatrzyłam się również innych podobieństw, jednak nie były one sztucznie narzucone, wszystko współgrało z nowoczesnym światem, niezwykłością i innością obserwowanych obrazów. Nie była to na nowo przerysowana historia Kopciuszka, autorka miała swój pomysł, dodała wiele nowych, niezwykłych elementów. Wszechobecna w książce jest technologia, oczywiście nie znajdziecie tu wielu opisów na jej temat, ona po prostu się tu przewija, jest obecna. Wszędzie można spotkać roboty, cyborgi i inne nowoczesne urządzenia. 

Kolejnym nowatorskim pomysłem jest dodanie „drugiej złej macochy”, czyli drugiej złej bohaterki, którą została królowa Luny. Bohaterka jest tu uosobieniem zła i od samego początku mnie do siebie zrażała. Jednak to dzięki niej sporo się dzieje, można powiedzieć, że napędzała akcję, dodawała jej rumieńców. 

Następnym wprowadzonym aspektem, o których chyba powinnam wspomnieć na początku, jest walka z niebezpieczną chorobą, która zabija ludzi. Jak na razie ludzkość nie znalazła środka do walki z nią, a do testów używają cyborgów, długo zastanawiałam się, czy znajdą lek, czy się im uda... Po jakimś czasie się dowiedziałam, a czy mi się to spodobało, jak miało konsekwencje to inna kwestia. 

Przejdźmy do bohaterów. Zacznę od głównej, którą jest tytułowa Cinder. Dziewczyna jak już wspomniałam jest niezwykła, odkąd pamięta jest cyborgiem, a do tego musi utrzymywać swoja macochę. Pracuję jako mechanik, właśnie tu spotkała Kaito, księcia Kaito, do którego zaraz wrócę. Cinder była silną osobowością, miała plany, marzenia, próbowała je spełniać. Nie lubię, gdy główna bohaterka potrafi tylko wzdychać do księcia z bajki lub gdy interesują ją tylko ciuchy, lubię silne kobiety, a właśnie taka jest Cinder. Dziewczyna szybko zainteresowała mnie swoja osobą, skrywa niejedną tajemnice, wiele z nich było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.
Książe Kaito, specjalnie wspomniałam powyżej o księciu z bajki, bo tym razem naprawdę najważniejsza postać zakochała się w księciu, jednak nie jest to jedna z tych postaci, która jest tylko ciekawą twarzą z mocnym charakterem, Kaito potrafi stawiać na swoim, jednak liczy się ze zdaniem innych i często podejmuje niełatwe wybory. 
Właśnie po między tymi dwoma postaciami w książce rozdzielana jest narracja. Rzadko udaje mi się trafić w książkę, której narratorzy mnie nie irytują, a już szczególnie główne bohaterki, tu jest inaczej. 

Oczywiście nie można zapomnieć o wątku miłosnym, między powyższymi postaciami. Cinder i Kaito od

początku wydawali mi się do siebie pasować, jednak na ich drodze ciągle pojawiały się kłody, mieli wiele problemów. Jeden stworzyła sama Cinder, nie rozumiem do końca, dlaczego tak długo to ukrywała, ale pewnie bez tego nie byłoby całej tej historii. Znając zakończenie Kopciuszka liczyłam na szczęśliwe zakończenie, ślub głównych postaci, na pokonanie zła, jednak grubo się przeliczyłam. Końcówka nie ułożyła się kompletnie po moich planach, byłam bardzo zaskoczona, ale właśnie dzięki temu z niecierpliwością wyczekuję kolejnej części, tam losy postaci się rozwiną. Kai trafia do grona moich ulubionych postaci męskich, Cin zaś przekonała mnie do swojej osoby i również ją bardzo lubię. Dlatego od początku liczyłam na ich  szczęśliwy związek. 

Ogólne wrażenia po książce są bardzo przyjemne, uwielbiam czytać tak niezwykłe, baśniowe historie. Wplecenie nowoczesności, międzyplanetarnej walki do dobrze znanej opowieści mogło okazać się zbyt nowatorskie, ale tak się nie stało. Historia była ciekawa i oryginalna. Dzięki niej mam wielką ochotę na następny tom zatytułowany „Scarlett”, kompletnie nie wiem, co w niej się może wydarzyć, co jeszcze bardziej mnie do niej intryguje. „Saga Księżycowa. Cinder” to świetna powieść, która zachwyci niejednego czytelnika, ja czuje się oczarowana.
Ocena 9/10



Autor: Marissa Meyer
Tom: I
Wydawnictwo: Egmony
Ilość stron: 437
Cena: 34,99zł
Data przeczytania: 2013-05-10
Skąd: własna biblioteczka

Seria Saga Księżycowa:
0,5 Glitches --- Cinder --- 1,5 The Queen's Army --- Scarlet --- Cress --- Winter 



Książka przeczytana do wyzwania:

wtorek, 21 maja 2013

Felix, Net i Nika oraz Świat zero 2. Alternauci


Rozmyślaliście kiedyś nad istotą wszechświata? Mnie refleksje na ten temat, a właściwie na temat wieloświata naszły podczas czytania ksiażek „Felix, Net i Nika oraz Świat zero”. Tym razem sięgnęłam po drugą część owej historii. „Świat zero 2. Alternauci” to rozwinięcie historii zawartej w poprzednim tomie. Ale jak przy jego pisaniu sprawdził się autor, Rafał Kosik?

Pamiętacie jeszcze jak to się zaczęło? Felix razem z Netem i Niką podczas jego urodzin przeszli przez Skoczywrota, które przeniosły ich w inny wymiar. Na początku zmiany były niedostrzegalne, później jednak sięgały nawet kilkudziesięciu lat. Ostatnią historią zawartą w poprzednim tomie była wyprawa do świata, w którym nadal istniała Trzecia Rzesza i to ona sprawowała władzę nad Warszawą. Chłopcy nie byli zachwyceni tym miejscem, chcieli szybko wracać do własnego świata, do świata zero, jednak przeciwna była temu Nika. Dziewczyna wreszcie spotkała swoich rodziców i chce zostać w świecie B75. Czy Felisowi i Netowi uda się ją przekonać do zmiany zdania?

Od czego by tu zacząć? Pomyślałam, że powinnam od ogólnego pomysłu, a był on bardzo ciekawy. Jeszcze nie miałam okazji czytać po podróżach między wymiarami, oczywiście wiele razy spotkałam się z podróżami w czasie, ale ten temat był mi obcy. W sumie cieszę się, myślę, że autor ciekawie ujął temat i jak zwykle podszedł do niego profesjonalnie. Książka była dopracowana i przemyślana. Czytelnik mógł zrozumieć, dlaczego coś się dzieje, nie było to oderwane od rzeczywistości, nie dziwiłam się, że to się dzieje, nie musiałam wracać do poprzednich stron i czytać ponownie, tu nic nie umykało. Ale jest też tego mankament, czasem autor aż za bardzo się na czymś skupiał, przez co stawało się to nużąca i choć na chwile musiałam odkładać czytanie. Kilka razy spotkałam się też z bardzo długimi i fachowymi opisami maszyn, jednak wydawnictwo postarało się w tym aspekcie. Czytelnik, taki jak ja, niezbyt interesujący się nowinkami technicznymi(szczerze, to nie mam o tym pojęcia) mógł się przy nich uśmiechnąć. Zawsze gdy zaczynał się dłuższy wywód(no dobra, nie zawsze ze 2/3 razy) czytałam dopisek w stylu: „Autor jest maniakiem, jeśli cię to nie interesuję omiń pół strony”. Zabawny dopisek, a mnie motywował jednak do przeczytania.  

Przejdę teraz do kwestii, która bardzo mnie ciekawiła, a były to ostatnie rozdziały książki. Nie mogę za wiele zdradzić, ale było naprawdę ciekawie, tu autor wykazał się prawdziwym umysłem fantastycznym, stworzył ciekawe obrazy. Najbardziej zadziwiło mnie spotkanie z tajemniczym, starym znajomym. Nie zdradzą, kim jest, ale od części, w której się pojawił, intrygował mnie. Tu ta osoba wydała mi się jeszcze dziwniejsza, a po skończeniu z nią rozdziału zrobiłam wielkie oczy, to był chyba jedyny aspekt książki, który naprawdę wydał mi się niesamowity. Nie żeby podróżowanie między wymiarami było normalne, ale właśnie to pasuję mi lepiej do paczki przyjaciół. Miłe odczucia wywołał również u mnie rozdział „To dość skomplikowane”, był interesujący, zabawny i na reszcie ukazał mi schemat tych wypraw, jeszcze raz napiszę, interesująco. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

Pisząc o książkach pana Kosika nie sposób nie wspomnieć o humorze. Jak zawsze najciekawsze wydawały mi się wypowiedzi Neta, bardzo lubię jego postać, jednak, gdy jest jeden, dwóch myślę, że sprawiałoby sporo problemów, nawet nie wspomnę o całej setce...

„-Cześć – rzucił niepewnie – Słyszałem, że mówicie o batonach. Macie więcej?(...)
-Sam nie zjesz i drugiemu nie dasz?! – oburzył się Net.
-Bo chciałeś mi go zabrać, kretynie!
-Wolałeś wyrzucić? Co za Net ogrodnika z Ciebie!
-Wytraciłeś mi go z dłoni, debilu!
-Ty nie nie jestes prawdziwym Netem, ćwierćmózgdu! Net by się podzielił.
Net prychnął na Neta.
-Uważaj trochę!
-Ty zacząłeś!
- Nie ja, tylko Net. Znaczy ten w czerwonym.
-Ja cię nie popychałem! – oburzył się Net w czerwonym, popychając Neta w niebieskim.
-Mówię o tym drugim w czerwonym.
- A to spoko... Ale zaraz! To ty mi zabrałeś miętowego.
- Spadówa! Niczego ci nie zabrałem.
Czerwony zamierzał ruszyć po swoją własność, lecz niebieski w odwecie pchnął go tak mocno, że czerwony się przewrócił, podcinając pomarańczowego.”

I tak dalej, i tak dalej. Mogłabym ciągnąć ten fragment aż do rozstrzygnięcia sporu, ale uważam, że jeśli Was zaciekawiłam to sięgnięcie. Kilku Netów tworzy niezły harmider. Oczywiście Net jest mistrzem żartowania w nieodpowiednich sytuacjach, za co ogólnie bardzo go lubię, bo potrafi rozładować napięcie.

Skoro już przy humorze zahaczyłam w dużym stopniu o postać Neta to nie wypada nie wspomnieć o jego towarzyszach. Na pierwszy ogień wezmę Nikę. Bardzo było mi jej żal podczas spotkania z rodzicami, silna dziewczyna, jednak tu uczucia wzięły górę. Nie wiem, jak sama postąpiłabym  takiej sytuacji, myślę, że wolę tego nie sprawdzać. To teraz troszeczkę o Felixie. Chłopak jak zwykle zaimponował mi znajomością techniki, ale to chyba nigdy się nie zmieni. Szkoda, że nie mam takiego kolegi w klasie, dzięki niemu na reszcie zrozumiałabym fizykę... Ale wracając do książki, on też wiele stracił, miał niekiedy trudne chwile, jednak wstawał i walczył dalej(zabrzmiało to jak niektórych moich pracach szkolnych...), ale co poradzę, ze mi imponują.

Czy będzie coś dalej? Na pewno autor nie będzie kontynuował już tej historii, bo jest ona zamknięta. Jej zakończenie było interesujące i zaskakujące, tego po postaciach się nie spodziewałam, plus dla autora(jeszcze cztery i będzie piątka, ach ta szkoła...). Ale czy pan Kosik wróci do świata FNiN? Nie wiem, czy opowiadaniami, które niedawno ukazały się na rynku nie chciał zakończyć tej historii... Poczekamy, zobaczymy. Jak na razie mam jeszcze właśnie do nadrobienia „Nadprogramowe historie”, co w nich autor wyczarował?

Podsumowując książkę. „Świat zero 2. Alternauci” były dopełnieniem poprzedniej książki i doskonale się z nią łączyły, jednak negatywne było dla mnie to, że czasem akcja mi się dłużyła. Zakończenie, jak już wspomniałam, było zaskakujące i pomysłowe. Historia w ogólnym zarysie bardzo mi się spodobała i zaciekawiła tematem. Jak dla mnie FNiN to świetna seria dla młodzieży i długo pozostanie w mojej pamięci(choć mam nadzieję, że jeszcze się z nią nie rozstanę po opowiadaniach).
Ocena 9/10

Autor: Rafał Kosik
Tom: X
Wydawnictwo: Powergraph
Ilość stron: 604
Cena: 36,90zł
Data przeczytania: 2013-05-05
Skąd: biblioteka publiczna

Seria Felix, Net i Nika:




Książka przeczytana do wyzwania: